wtorek, 5 stycznia 2016

Chemia od kuchni... w kuchni


Chemia od kuchni... w kuchni nie jest żadnym nowym projektem popularnonaukowym, nie jest żadną reklamą innego portalu, ani serwisem  z ciekawostkami chemicznymi. Jest to po prostu strona, na której można znaleźć kontakt w sprawie korepetycji z chemii. 

Dlaczego właśnie korepetycje z chemii? I po co to tworzyć osobne strony? Nie wystarczy już zamieszczenie ogłoszenia na odpowiednich portalach tj. olx.pl, czy gumtree.pl? Na dobrą sprawę nawet strona wykop.pl się nada. 

Tworząc stronę Chemia od Kuchni... w Kuchni miałem nadzieję zmienić lekko postrzeganie chemii jako przedmiotu który trzeba wykuć, zdać i zapomnieć. Takie podejście nie ma sensu. Korepetycje, które przygotowałem dla chętnych osób odbiegają od standardowych korepetycji na których rozwiązuje się zadania domowe, albo zadania typowo podręcznikowe. Takie elementy również są (bo zdać w końcu trzeba!), ale ograniczyłem je do niezbędnego minimum i skoncentrowałem się na aspektach chemii, które mogą bardziej zaciekawić potencjalnego ucznia. 

Co z osobami, które nie mogą uczęszczać na korepetycje osobiście? 
Niestety spora część osób, które mogą być potencjalnie zainteresowane korepetycjami z chemii na różnych poziomach nauki mieszka zbyt daleko, aby efektywnie można było się spotykać. Stąd pomysł na wprowadzenie korepetycji online. Nie są to rozmowy na skype (umówmy się- każdy ma swoje życie, a nie każdy lubi rozmawiać na portalach tj. skype i nie zawsze ma się na to czas i ochotę), stąd przygotowane zostały specjalne karty objaśniające określone zagadnienie, karty z przykładowymi rozwiązaniami zadań i karty z zadaniami do samodzielnego rozwiązania. 

Szczególnie dużą uwagę przykładam do rozwiązań zadań, stąd część "zadania z rozwiązaniami" jest z reguł najbardziej rozbudowana. Nie znoszę podręczników, ani zbiorów zadań w których w danym temacie pokazane zostało 1-2 rozwiązania (z milionem skrótów myślowych), a następnie autor podręcznika wymaga znajomości i umiejętności rozwiązywania wielu innych zadań, które nawet nie są już podobne do tego co on objaśnił!


Jeśli masz problem z chemią, chcesz się czegoś nauczyć, grozi Ci jedynka z przedmiotu- napisz do mnie. Adresy kontaktowe, oraz inne informacje zostały podane na stronie: Chemia od Kuchni... w Kuchni . Zachęcam również do odwiedzenia strony na FB. 

niedziela, 6 września 2015

Każdy z nas jest narkomanem

Każdy z nas zażywa narkotyki. To jest fakt. Pewnie większość z ludzi, którym zarzuci się branie narkotyków od razu zaprzeczy, ale musimy się  z tym pogodzić- ćpamy na potęgę. Niektórzy bardziej, niektórzy mniej, ale jestem święcie przekonany, że każdy z nas jest w jakimś sensie narkomanem.

Dlaczego stwierdziłem, że każdy bierze narkotyki? Bo prawie nikt nie zna definicji słowa „narkotyk”. Oczywiście myśląc o narkotykach mamy na myśli substancje takie jak kokaina, amfetamina, meta amfetamina i kilkadziesiąt innych substancji. Wpadłoby Ci na myśl, że pijąc piwo również zażywasz narkotyk? Raczej nie.

Zanim przejdę do opowiedzenia o kilku grupach narkotyków, zajmijmy się ich definicjom. Na marginesie i lekko odbiegając od tematu artykułu- czytajmy definicje. One naprawdę mają sens i pomagają zrozumieć wiele rzeczy.

Według Encyklopedii PWN, narkotykiem jest substancja psychoaktywna, która w określony sposób oddziałuje na ośrodkowy układ nerwowy, oraz która regularnie przyjmowana prowadzi do uzależnienia fizycznego i psychicznego. Jest to definicja połowiczna, ponieważ słownik stwierdza, że są to tylko „niektóre” substancje. Zaglądając do definicji podanej przez Światową Organizację Zdrowia (WHO), narkotykiem są WSZYSTKIE substancje, które mają wpływ na świadomość. Niby wszystko się zgadza, ale definicja WHO wprowadza w naszych kręgach kulturowych pewne zamieszanie. Nawet bardzo duże.

Światowa Organizacja Zdrowia wyróżniła kilka podstawowych typów narkotyków. Do pierwszej grupy należą opiaty. Z definicji opiatami są substancje psychoaktywne, będące alkaloidami opium. Zlepek trudnych słów. Substancją psychoaktywną jest substancja, która oddziałuje na ośrodkowy układ nerwowy (mózg). Alkaloid to naturalnie występująca substancja organiczna o odczynie zasadowym, która z reguły posiada układ heterocykliczny i musi posiadać w sobie atom azotu. Opium to substancja, którą otrzymuje się poprzez wysuszenie soku mlecznego z niedojrzałych makówek maku lekarskiego. Sok ten posiada około 20-30 różnych alkaloidów, a do tych najbardziej popularnych zalicza się morfinę, heroinę, kodeinę czy papawerynę. Nie powinno się ich mylić z opioidami!

Drugą grupą narkotyków wyróżnioną przez WHO są stymulanty. Są to substancje psychoaktywne, które działają na nas pobudzająco. Najbardziej popularnymi są np. amfetamina, czy efedryna. Do stymulantów powinno zaliczać się również nikotynę zawartą w papierosach, ale dla niej WHO przewidziała osobną kategorię. Podobnie postąpiono z kofeiną.

Do stymulantów powinno zaliczyć się również kokainę, ale dla niej WHO przeznaczyło osobną- trzecią kategorię. Dlaczego wyłączono ją z kategorii drugiej? Nie jestem do końca pewny. Podejrzewam jednak, że sprawa rozbija się o strukturę cząsteczki kokaina, która jest alkaloidem (w przeciwieństwie do amfetaminy, czy metamfetaminy).  Dlaczego zaś z drugiej strony kokainy nie zaliczono do pierwszej grupy narkotyków? Ponieważ nie jest ona opiatem- nie występuje w opium. Wydaje mi się, że są to główne powody, dla których kokaina znalazła się w swojej „prywatnej” grupie narkotyków.

Do czwartej grupy wyróżnionej przez WHO należą marihuana i haszysz. O marihuanie powiedziane zostało już wiele więc nie będziemy tutaj zbyt wchodzili w jej „chemię”. Wystarczy w tym miejscu wspomnieć że zawiera ona THC (tetrahydrokannabinol- wydaje mi się, że dla większości młodzieży jest to niestety jeden z niewielu  znanych z związków organicznych; przynajmniej z nazwy). Czym w takim razie jest haszysz? Przyznam się, że do napisania tego artykułu nie wiedziałem zbytnio czym haszysz jest. Niby substancja popularna (z nazwy), ale jakoś nigdy nie zainteresowało mnie czym ta substancja jest. Okazało się że haszysz to produkt otrzymywany  ze zlepionej i wysuszonej żywicy konopi indyjskich i zawiera około 50% THC. Haszysz jest po prostu przetworem z konopi indyjskich tak jak marihuana.

Do piątej grupy narkotyków, WHO zaliczyło halucynogeny. Przykładem może być dimetylotryptamina. Pomimo, że posiadamy ją w naszych organizmach w formie naturalnej, to zawarta jest ona w wielu roślinach, które wykorzystywane są np. przez plemiona indiańskie do wprowadzania się w stan transu, czy medytacji. Grupa ta jest tak obszerna, że nie ma sensu jej tutaj omawiać.

Kolejną grupą są środki lotne takie jak kleje. Co zawierają kleje, że tak chętnie zwłaszcza w dawniejszych czasach były używane do wprowadzania się w stan euforii? Zawierają one stosunkowo proste substancje chemiczne takie jak octany alifatyczne, aceton, chlorek metylenu oraz wiele innych (w tym bardzo dużo rozpuszczalników), które w odpowiedniej dawce i proporcji względem siebie, mogą wprowadzić człowieka w stan odurzenia.

Następną grupą narkotyków jakie wyróżniono są leki uspokajające i barbiturany. Leki uspokajające są dość szerokim pojęciem i zawiera się pod nim setki związków, stąd nie będę się nad nimi rozpisywał, ale warto zwrócić uwagę na barbiturany- czyli pochodne kwasu barbiturowego. Przykładem może być fenobarbital dostępny co prawda na receptę, ale dla chcącego nic trudnego.

Ostatnie trzy kategorie wyróżnione przez WHO są dość nietypowe (jak dla mnie). Osobną  kategorię przypisano nikotynie, osobną alkoholowi, a ostatnią nadano steroidom.

I tutaj pojawiają się nasze definicyjne schody. Bo niby jak można zaliczyć alkohol do narkotyków? O ile z nikotyną można na siłę zmusić się do myślenia o niej jak o narkotyku, to z alkoholem mamy problem. Mimo wszystko jest on substancją narkotyczną z kategorii depresantów.

Czym są depresanty? Są to substancje psychoaktywne, które silnie działają na ośrodkowy układ nerwowy. Zależnie od tego jaka to substancja, może ona działać uspokajająco, relaksująco, usypiająco, przeciwlękowo i spowalniająco. O ile w małych dawkach etanol wywołuje stan pobudzenia, gadatliwości, pozwala nam na chwilę na nieodczuwanie zmęczenia i ogólnie poprawia nam nastrój, o tyle w dawkach wyższych pojawiają się stany zamroczenia, utraty świadomości, problemy z zachowaniem równowagi. W jeszcze większych dawkach może dojść do całkowitej utraty „filmu”, a w skrajnych do śpiączki, a nawet do śmierci. Alkohol pozornie pozwala nam rozgrzać się na jakiś czas, poprzez przyspieszenie bicia serca i rozszerzenie naczyń krwionośnych. Jest to złudne uczucie rozgrzania, ponieważ po krótkotrwałym epizodzie uczucia ciepła pojawia się bardzo szybko wychłodzenie organizmu.

Pijąc nawet jednego małego drinka, słabe piwo, czy wino zażywamy narkotyk, mimo, że zwłaszcza w naszych kręgach kulturowych nie jest tak postrzegany.

Podobnie mamy problem z ustosunkowaniem się do nikotyny zawartej w papierosach jak i do kofeiny spożywanej z kawą, herbatą, czy napojami energetyzującymi. To wszystko są substancje, które według definicji należy zaliczyć do narkotyków.

I jaki jest morał tej bajki? Prosty- następnym razem sięgając po papierosa, kieliszek wódki, czy małą czarną pamiętaj, że wprowadzasz do swojego organizmu narkotyki. Zastanawia mnie jeszcze kwestia jak ustosunkować się np. do cukru? W końcu udowodniono, że cukier ma silne działanie uzależniające. Co więcej, cukier podnosi stężenie serotoniny i dopaminy w naszym mózgu (podobnie działa kokaina). Wraz z przyjmowaniem cukru pojawia się pewnego rodzaju tolerancja i do osiągnięcia podobnych efektów jak poprzednio, musimy spożywać coraz większe jego ilości. Może z czasem i cukier dołączy do listy narkotyków WHO? Nigdy nie wiadomo.


Ja tymczasem lecę zrobić sobie mała kawę. Wam też polecam ;) 

PS. Artykuł ma na celu jedynie przybliżyć tematykę podziału narkotyków przez Światową Organizację Zdrowia. Celem artykułu nie jest popularyzacja jakichkolwiek narkotyków. Post ma charakter edukacyjny. Autor nie ponosi odpowiedzialności za szkody moralne, materialne, zdrowotne, które mogą wyniknąć z przeczytania powyższego artykułu. 

czwartek, 16 lipca 2015

Pluton jakiego nie znaliśmy

Data 14 lipca 2015 roku, godzina 13:49 (czasu polskiego) z pewnością dla wielu pasjonatów astronomii, na zawsze zapadnie w pamięć. Wtedy to właśnie sonda New Horizons (misja New Frontiers) zbliżyła się maksymalnie do Plutona. Zdjęcia powierzchni obiektu, tak jak i dane naukowe docierały z sondy na Ziemię już wcześniej, ale to właśnie o 13:49 sonda przeleciała w najbliższej odległości od powierzchni planety (około 12 tysięcy kilometrów- dla uzmysłowienia to odległość z Warszawy do Nowego Jorku i z powrotem).

Ale kiedy rozpoczęła się podróż na ten tajemniczy, pobudzający wyobraźnię obiekt?

Moim zdaniem, wyprawa na Plutona ma swoje korzenie 18 lutego 1930 roku, w obserwatorium astronomicznym Lowella w Arizonie. To właśnie we wtorek  18 lutego, amerykański astronom- Clyde Tombaugha odkrył Plutona. Właściwie Pluton ukazał się na zdjęciach z kilku nocy z dni 23- 29 stycznia 1930 roku, ale dopiero 18 lutego Tombaugha przeglądając te zdjęcia zauważył go i już 13 marca tego samego roku obwieścił w telegramie odkrycie nowej planety należącej do Układu Słonecznego.

Status Plutona jako planety utrzymywał się do roku 2006 (24 sierpnia) kiedy to Międzynarodowa Unia Astronomiczna, na spotkaniu w Pradzę, zdegradowała Plutona do rangi planety karłowatej. Pomimo „odgórnych” wytycznych dla wielu naukowców oraz pasjonatów (w tym i dla mnie) Pluton pozostał dziewiątą planetą Układu Słonecznego.

Dokładne obserwację Plutona są bardzo kłopotliwe- małe rozmiary obiektu, jego znaczne oddalenie od Ziemi nie pomagają w jego badaniach. Dotychczas, najlepsze obrazy powierzchni planety karłowatej powstały w 2010 roku i zostały wykonane przez teleskop Hubble’a. Znaczne oddalenie od powierzchni Ziemi, powodowało również rozciągnięte na 82 lata (od momentu odkrycia Plutona) odkrywanie jego księżyców. Pierwszy księżyc- Charon- został zaobserwowany dopiero w 1978 roku (48 lat po odkryciu samego Plutona!). Następnie upłynęło 27 lat, kiedy to w 2005 roku odkryto księżyce Nix oraz Hydra. W 2011 ustalono obecność Kerbosa, a w 2012 potwierdzono istnienie Styxu.

Zanim przejdę do samego przedstawienia misji i tego co na dzień dzisiejszy udało się nam o Plutonie dowiedzieć, chciałbym przedstawić bardzo interesujący fakt dotyczący samego ruchu Plutona dookoła Słońca.

Jednym z powodów, dla których Pluton został zdegradowany do rangi planety karłowatej jest fakt, że przecina on orbitę innej planety- Neptuna. Co ciekawe, w momencie maksymalnego zbliżenia Plutona do Słońca, znajduje się on bliżej powierzchni naszej dziennej gwiazdy niż sam Neptun! To nietypowe zachowanie zmusiło naukowców do myślenia, że Pluton, prawdopodobnie w przeszłości, sam stanowił księżyc Neptuna. W pewnym momencie, kiedy Pluton okrążał Neptuna, znalazł się on w rezonansie z innym księżycem- Trytonem. Siły pływowe wyrzuciły Plutona z orbity i „doprowadziły” do momentu, w którym trajektoria Plutona uległa dramatycznej zmianie.

Pierwsze bliskie spotkanie z Plutonem planowano na rok 1986, kiedy to sonda Voyager 1 odbywała misję poznawczą Saturna. Padł pomysł, aby skierować sondę w stronę Plutona, ale ostatecznie wygrał pomysł, aby zbadać Tytan (księżyc Saturna) jako bardziej cenny materiał naukowy. Pojawiały się inne projekty, które miały zaprowadzić nas do Plutona- program „Pluton Underground” (1989), „Pluto 350” (1989), „Pluto Fas t Flyby” (1991), „Pluto Kuiper Express” (1900). W końcu w 2000 roku powstał program „New Fontiers”, który stworzył sondę New Horizons, a ta dotarła do celu w 2015.

Od momentu powstania misji, upłynęło 6 lat, aż do 19 stycznia 2006 roku, kiedy to z przylądka Canaveral na Florydzie, została wystrzelona rakieta Atlas V 551, która wyniosła na orbitę sondę New Horizons. Bezpośrednio po wprowadzeniu sondy na orbitę okołoziemską, została ona skierowana na trajektorię pozwalającą jej na osiągnięcie Plutona, a przy okazji zahaczyć o Jowisza (który przy okazji posłużył do asysty grawitacyjnej).

W ciągu 9 godzin od startu, sonda przekroczyła orbitę Księżyca (program  Apollo potrzebował na to 3 doby). Sonda stała się najszybszym pojazdem stworzonym przez człowieka, ponieważ po zakończeniu pracy silników (które umożliwiły jej szybkie wydostanie się z objęć grawitacji Ziemi) leciała ona z prędkością około 16 kilometrów na sekundę! Dla porównania pocisk karabinowy leci z prędkością około 1 kilometra na sekundę! Poruszając się z taką prędkością, można byłoby okrążyć Ziemię w czasie około 40 minut.

Ponieważ mimo opuszczenia naszej planety, sonda cały czas znajdowała się pod dominacją grawitacyjną Słońca, misje zaplanowano tak, by przeleciała ona w pobliżu Jowisza i posłużyła się nim jako czynnikiem do asysty grawitacyjnej. Operację te zaplanowano po to, aby zminimalizować wpływ grawitacyjny Słońca, które powodowało hamowanie sondy. Jowisz miał posłużyć jako „napędzacz”, dzięki czemu podróż mogła skrócić się jeszcze bardziej. Dodatkowo, wcześniej sonda „zahaczyła” o Marsa, który 7 kwietnia nadał sondzie prędkość 21 kilometrów na sekundę. Opuszczając Jowisza 28 lutego 2007 sonda uzyskała dodatkową prędkość, która w końcowym efekcie wynosiła około 24 kilometrów na sekundę.

Około 2/3 lotu do celu sonda „przespała”- została wprowadzona w stan hibernacji. Wybudzano ją jedynie 18 razy w celu korekcji kursu i sprawdzenia stanu technicznego sprzętu. Sondę wyposażono w szereg specjalistycznych urządzeń. Posiada ona generator izotopowy (w którym znajduje się około 11 kilogramów plutonu), dzięki czemu ma ona zapas energii wystarczający na dotarcie do celu i dalszą podróż. Sonda posiada również 2,1 metrowa antena główna, 0,3 metrowa antena pośrednia i 2 anteny pomocnicze, które zakończyły pracę po przekroczeniu przez sondę odległości 5 jednostek astronomicznych od Ziemi. Sonda sterowana jest za pomocą 4 silników, które jako paliwo wykorzystują hydrazynę. Jako instrumenty typowo badawcze na sondzie zamontowano spektrometr ultrafioletowy, kamerę multispektralną, spektrometr w podczerwieni, czujniki pomiarowe do ciśnienia i temperatury, kamerę panchromatyczną, detektor cząstek wiatru słonecznego, spektrometr cząstek naładowanych oraz czujnik cząstek pyłowych. Jako nietypowe wyposażenie sondy wyposażono ją w amerykańską flagę, kawałek kadłuba statku SpaceShipOne, prochy odkrywcy Plutona- Clyde’a Tombaugha oraz płytę CD z nazwiskami 435 000 osób, które za darmo za pośrednictwem odpowiedniej listy wpisały się na „darmowy przelot”.

Wszystkie te instrumenty, pamiątki i sprzęt pozwalający na sterowanie sondy oraz jej komunikację z Ziemią zamknięte są w aluminiowej „skrzynce” o wymiarach 2,11 x 2,74 x 0,68 metra. Cała konstrukcja waży 478kg z czego sprzęt naukowy waży jedynie 38kg.

Po wielu latach podróży, przebyciu miliardów kilometrów sonda dotarła do swojego celu. Zajęło to 9 lat, pochłonęło miliony dolarów, ale efekt był warty tego wszystkiego.

Zdjęcia jakie docierały na Ziemię nawet przed przelotem w bezpośredniej odległości od powierzchni Plutona zapierały dech w piersiach. Po raz pierwszy w historii otrzymaliśmy zdjęcia „na wyciągnięcie ręki” powierzchni planety karłowatej, której nigdy wcześniej nie udało się nam sfotografować z tak zatrważającą dokładnością. Pomimo tego, że sonda już dawno minęła Plutona, transmisja danych na Ziemię zajmie jeszcze wiele tygodni (z uwagi na ogromną odległość jak i ograniczoną szybkość transmisji danych). Obecnie sonda weszła w nową fazę misji- eksploracja pasa Kuipera.

Co nowego dowiedzieliśmy się o Plutonie? Po pierwsze to jak on wygląda w rzeczywistości. Wcześniejsze niewyraźne zdjęcia z teleskopu Hubble’a dawały jedynie mgliste pojęcie o wyglądzie powierzchni Plutona. Każde kolejne zdjęcie- zaczynając od dwóch poruszających się na ekranie pikseli (Pluton i Charon), przez coraz to wyraźniejsze ujęcia pozwoliły nam zobaczyć to, co przez tak długi czas ukrywało się przed naszym wzrokiem.

Ustalono, że średnica Plutona jest o co najmniej 80 kilometrów większa niż się tego spodziewano. Sfotografowano młode pasma górskie zbudowane z lodu, których wysokość osiąga około 3 tysięcy kilometrów. Na podstawie danych stwierdzono, że Pluton na pewno jest planetą aktywną geologicznie. Stwierdzono, że na planecie karłowatej woda występuje w ogromnych ilościach. Udowodniono, że oprócz Plutona, aktywny geologicznie jest jego księżyc Charon. Znaleziono czapy polarne zbudowane z lodu azotowego oraz metanowego.


W ciągu najbliższych tygodni na światło wypłynie zapewne jeszcze dziesiątki nowości, które już teraz podróżują w przestrzeni kosmicznej, aby dotrzeć do anten odbiorczych na Ziemi. A cóż nam pozostało? Celebrowanie tego wielkiego wydarzenia i zachwycanie się zdjęciami, które dotarły do nas i przedstawiają nam Plutona, jakiego jeszcze nie znamy. 

Poniżej znajduje się mała galeria dokumentująca historię badania Plutona.
Zapraszam również do odwiedzenia strony na Facebook! 


Pierwsze zdjęcia Plutona.
Zdjęcia z teleskopu Hubble'a- 2010.



Coraz bliżej.






Maksymalne zbliżenie.










poniedziałek, 15 czerwca 2015

Gość Niedzielny- upadek dziennikarstwa.

Stali czytelnicy bloga z pewnością wiedzą, że nie pałam miłością do wiary i kościoła, oraz że pojawiały się wpisy na temat homoseksualizmu i zachowań seksualnych. Absolutnie celem tych tekstów nie jest ani zachęcanie do odwracania się od wiary, ani nie jest to „promocja homoseksualizmu” (cokolwiek to ma oznaczać). Zadaniem postów było raczej przedstawianie spraw takie jakimi one są- jeśli kogoś to oburza to trudno.

Mimo, że nie jestem człowiekiem wierzącym, czasem sięgam po gazetę „Gość Niedzielny”. Dlaczego to robię? Bo w kilku numerach w dziale „Nauka” pojawiały się  błędy na które pomimo tego, że wysyłane były maile z wyjaśnieniem gdzie jest błąd i jaki to błąd, żaden z redaktorów jeszcze mi nie odpisał i nie udzielił informacji skąd się to wzięło, a w żadnym numerze nie pojawiło się jeszcze sprostowanie. Trudno. Gazetę te czytam również dlatego, że zdarzają się w niej ciekawe artykuły ze świata, które bardzo dobrze się czyta.

Mimo wszystko w ostatnim numerze (nr 24 rok XCII/ 14 czerwca 2015) na stronie 39 pojawił się felieton pt. „Fałszowanie godności” autorstwa Franciszka Kucharczaka. No niby wszystko fajnie, rozumiem, że gazeta katolicka nie będzie wychwalała homoseksualizmu, ale informacje zawarte w tekście są co najmniej niegodne tego by zostać gdziekolwiek opublikowane, a sam tekst jest kwintesencją upadku dziennikarstwa, które bardziej stronnicze być już nie może. Dodatkowo wspomniany tekst jest pokazem niedouczenia i kompletnego braku elementarnej wiedzy, jaką powinna mieć osoba, która w dość poważnej i poczytnej gazecie publikuje takie głupoty.

Nie będę publikował tutaj omawianego felietonu, ale przytoczę najbardziej dramatyczne jego fragmenty. „Homoseksualizm nie jest narodowością ani rasą, jest przypadłością, która z rzadka zdarza się zarówno Romom, jak i Żydom czy Polakom. Nie jest kolorem skóry, nie jest kolorem włosów ani oczu. De facto homoseksualistą się nie jest, homoseksualizm się ma- tak jak ma się problemy z tarczycą czy wątrobą albo inną trzustką”.

Oczywiście, że homoseksualizm nie jest rasą, czy kolorem skóry czy włosów. To jest po prostu orientacja seksualna. Obecnie nauka wyróżnia trzy orientacje seksualne: heteroseksualizm, biseksualizm i homoseksualizm. Wspomina się również o aseksualizmie jako o czwartej orientacji, a raczej określenia stanu braku jakiejkolwiek orientacji.

Stwierdzenie „homoseksualistom się nie jest, homoseksualizm się ma- tak jak problemy z tarczycą czy wątrobą albo inną trzustką” (pomijam fakt, że nie istnieje coś takiego jak „inna trzustka”, jak już to po prostu „trzustka”) nie wprost, ale wyraźnie bije przekazem, w którym chciałoby się stwierdzić, że homoseksualizm to choroba. Oczywiście w tekście sformułowania takiego nie ma, ale porównanie do „problemów z tarczycą” (czyli chorób tarczycy) bardzo wyraźnie wskazuje na porównanie homoseksualizmu do stanu chorobowego.

Prawda jest zgoła inna. Homoseksualizm jest bardzo intensywnie badan od bardzo wielu lat. W 1990 roku WHO wykreśliła homoseksualizm z Międzynarodowej Statystycznej Klasyfikacji Chorób i Problemów Zdrowotnych- i nie zrobiono tego od tak sobie, ale za taką decyzją przemawiały lata badań, wiele raportów i suchych faktów. I niestety drogi autorze- homoseksualistą się po prostu jest. „Tego się nie ma”. To jest po prostu część człowieka- tak jak osoba heteroseksualna jest heteroseksualna a nie ma heteroseksualność. Tak samo z homoseksualizmem- homoseksualistą się jest.

Dalej autor pogrąża się jeszcze bardziej: „Nikt normalny nie mówi o chorym na raka „rakowiec”, […]. To byłoby poniżenie człowieka i nobilitacja chorób. Homoseksualizm nie jest normą i żadne orzeczenia zideologizowanych gremiów tego nie zmienią”. Tu już chyba wyjątkowo dobitnie widzimy porównanie homoseksualizmu do choroby- swoją drogą dziwie się, dlaczego pan Kucharczak nie miał odwagi wprost napisać „homoseksualizm to choroba”, jeśli ciągle go w takim świetle stawia.

Dalej jest jeszcze ciekawiej- „Mimo starań nie odkryto genu homoseksualizmu. Nawiasem mówiąc nosiciele przestaliby się rodzić tak samo, jak w krajach Zachodnich przestały się rodzić dzieci z zespołem Downa.”. Widać wyraźne stare, katolickie zagrywki o mistyczny „gen homoseksualizmu”. Taki gen nie istnieje i każda osoba, która chociaż trochę interesuje się biologią, czy postępem naukowym, genetyką czy biotechnologią doskonale o tym wie. Nie ma takiego genu i nigdy nikt go nie znajdzie- nie istnieje gen mówiący za to, że ktoś jest homoseksualistą, czy nie. Orientacja seksualna nie jest sprawą wyłącznie zależną od jednego genu. Oczywiście genetyka może mieć częściowy wypływ na orientacje człowieka (1993-1995 badania profesora Hamera), ale nie jest to wyłączny, a na pewno nie jedyny i tym bardziej nie dominujący czynnik, przez który ktoś rodzi się z taką a nie inną orientacją.

O tym, że homoseksualizm nie jest sprawą wyłącznie genetyczną mogą świadczyć opinie organizacji tj. Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne, Amerykańska Akademia Pediatryczna, Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne czy Królewskie Kolegium Psychiatrów.  Wszystkie te organizacje wskazują wyraźnie na to, że homoseksualizm warunkowany jest przez szereg czynników tj. podłoże hormonalne, rozwój człowieka i przyczyny behawioralne.

Wracając do kwestii genetyki, udowodniono, że u osób homoseksualnych istnieje przynajmniej kilka fragmentów DNA, które rozsiane są po wszystkich chromosomach. To, że ktoś może mieć jakiś fragment, który częściej występuje u osób homoseksualnych, wcale nie oznacza, że ta osoba będzie homoseksualistą- tak samo jak obecność genów odpowiedzialnych za raka (tzw. onkogeny) wcale nie oznacza, że na tego raka trzeba zachorować.

Swoją drogą, jeśli homoseksualizm nie jest chorobą, nie jest „zachcianką”, ale jest po prostu trzecią orientacją seksualną obok heteroseksualizmu i biseksualizmu, to dlaczego katolicy (zwłaszcza) mają do niego tak zły stosunek- w końcu według ich doktryn, to Bóg skazał danego człowieka na bycie homoseksualistą. Chyba, że jest to kolejny test?

Z punktu widzenia biologii- człowiek nie jest jedynym zwierzęciem (bo człowiek jest zwierzęciem!) u którego zaobserwowano zachowania seksualne. O ile u człowieka można mówić też o uczuciach (tj. miłość, tęsknota i inne), nie wiem czy można to samo powiedzieć np. o pingwinach u których obserwuje się zachowania homoseksualne. Nie wiem czy pingwin może kochać, ale na pewno może wykazywać zachowania homoseksualne. Podobnie jak delfiny, makaki, pawiany, łabędzie, mewy i kilka innych. Szympansy zostawiłem na sam koniec- dokładniej szympansy bonobo. Dowiedziono, że aż 75% wszystkich zachowań seksualnych w populacjach szympansów bonobo, są zachowaniami homoseksualnymi. Wyraźnie należy zaznaczyć, że szympansy bonobo należą do rodziny człowiekowatych i są najbliżej nam spokrewnionymi zwierzętami.

To, że nie znamy dokładnych przyczyn z powodu których homoseksualizm istnieje, tak samo nie wiemy, jakie on może pełnić funkcję (w przeciwnym wypadku ewolucja dawno by go wyeliminowała, a póki co obserwuje się zachowania homoseksualne u coraz to liczniejszych gatunków zwierząt, które często są ze sobą niespokrewnione). Co do funkcji- nie wiem jakie funkcje homoseksualizm może mieć, ale na pewno jakieś przyczyny dla których nie został on wyeliminowany w toku ewolucji istnieją. Naszym zadaniem jest znalezienie odpowiedzi na te pytania.


Niemniej jednak autor tekstu zamieszczonego w „Gościu Niedzielnym” nie powinien w takim tonie pisać o homoseksualizmie. Jak dla mnie zwroty jakie zostały tam użyte są wyjątkowo stronnicze i niezgodne z aktualnym stanem wiedzy. Prezentowane średniowiecze nie powinno mieć miejsca w poważnej gazecie, nawet jeśli jej cała treść z samej definicji jest stronnicza. Polemika jak najbardziej- jest wskazana a nawet pożądana! Ale niech ta polemika nie będzie sprowadzana do delikatnego maskowania prywatnego zdania autora jakoby homoseksualizm był chorobą. Nie mam nic przeciwko temu, że ktoś może nie zgadzać się z danymi naukowymi, nie akceptować homoseksualistów, ale niech jego argumenty będą równie naukowe i nie przesycone niezdrową nienawiścią. Jak dla mnie- w mojej prywatnej opinii- tekst opublikowany przez Gościa Niedzielnego jest po prostu upadkiem rzetelnego dziennikarstwa.

Zapraszam do odwiedzenia strony na Facebook! 

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Sciencepop

Sciencepop. Spotkaliście się kiedyś z takim terminem? Ja też nie, do momentu w którym sam go wymyśliłem. Może nie jestem pierwszą osobą, której ta myśl zaświtała, ale po pobieżnych poszukiwaniach, nie znalazłem żadnych odnośników, ani podobnych zwrotów. Jeśli ktoś jednak używał tego określenia przede mną to trudno.

Termin sciencepop urodził mi się w głowie z dwóch słów. Nie jest zaskoczeniem, że jednym z tych słów jest science, czyli ‘nauka’. Element pop nawiązuje do słowa ‘popularny’. Mówiąc sciencepop, nie mam na myśli literatury popularnonaukowej. Mam wrażenie, że termin ten nawiązuje (w moim przeczuciu, ale może to tylko moje zdanie) do całkiem odmiennego zjawiska, jakie możemy obserwować (a którego elementem jest kwitnąca literatura popularnonaukowa).

Lady Gaga w jednej ze swoich piosenek (Artpop) śpiewa „My artpop could mean anything”. Przez chwilę przeszła mi przez głowę myśl, że sciencepop również „could mean anything”, ale po chwili namysłu doszedłem do wniosku, że ma on bardziej precyzyjne ramy.

Obecnie, mam wrażenie, że coraz bardziej świat otwiera się na naukę. Dawniej, nauka była zarezerwowana dla akademickich rozważań, laboratoriów badawczych, kojarzyła się z wizją szalonego, samotnego naukowca. Dziś, wydaje mi się, że powoli ulega to zmianie. Nauka „wyszła na ulicę” i zaczyna być obecna w miejscach, gdzie dawniej jej nie było.

Oczywiście zawsze gdzieś tam działały osoby, które można nazwać popularyzatorami nauki. Ale mam wrażenie, że coraz więcej pojawia się takich osób. Dawkins, Hawking, Sagan, Kaku- to tylko czołowe nazwiska osób, które popularyzują (lub robili to za życia) naukę za pomocą książek, filmów, czy wykładów. Takich autorów są setki, a książki o tematyce popularnonaukowej pojawiają się jak grzyby po deszczu.

Youtube zalewany jest falą kanałów popularnonaukowych. SciFun, Sixty Symbols, Scientific American Space Lab, Ants Canada, Numberphile, a to tylko wierzchołek gory lodowej! Każdy, niezależnie od zainteresowań może znaleźć coś dla siebie.

Nie wspominam już o blogach popularnonaukowych, które pisane są przez zwykłe osoby, jak I przez pasjonatów nauki.

Nauka wchodzi nawet na salony- ot przykład Lady Gagi, która w ramach promocji płyty pojawiła się w nietypowej, technologicznej „sukni”, która bardziej przypomina helikopter, niż ubranie prosto z wybiegu. Niektórzy zakwestionują jakoby nauka przyczyniła się do powstania tej sukni. Ale wydaje mi się, że bez postępu technologicznego nie byłoby możliwe uniesienie człowieka za pomocą kilku małych śmigieł, które umieszczone są nad jego głową. Ktoś w końcu musiał obliczyć powierzchnie śmigieł, prędkość obrotu, czy chociażby dostarczyć prąd do zasilania tej sukni, a idąc tym tropem prąd powstać jakoś musiał, a do tego potrzeba było nauki. Znikąd się on nie bierze. 

Coraz głośniej mówi się o nauce, popularyzuje się ją. Staje się ona coraz bardziej przyziemna i zrozumiała dla przeciętnego odbiorcy. Terminy, tematy i zagadnienia dawniej znane jedynie osobom, które są wykształcone w konkretnych dziedzinach, nagle stały się powszechnie znane.

Kto z Was wie czym jest superpozycja? Zgaduje, że niewiele osób coś na ten temat może powiedzieć. Ale Kot Schrodingera brzmi już bardziej znajomo. Tak działa sciencepop- terminy, których prawie nikt nie pojmuje, stają się powszechnie rozumiane. Oczywiście sciencepop to nie nauka, to tylko zjawisko, które jak uważam prowadzi do popularyzowania nauki na wielu jej płaszczyznach. To co robi sciencepop to nie dokładne wyjaśnianie stanu rzeczy takim jaki on faktycznie jest- to raczej powierzchowne pokazywanie pewnych problemów z prostym i zrozumiałym wyjaśnieniem, który nie zawiera tak wielu szczegółów, jak opis naukowy. Sciencepop posługuje się pojęciami, aluzjami, czy przykładami wziętymi z naszego życia, by pokazywać świat w jego bardziej naukowej odsłonie. Obojętnie czy mówimy o astronomii, ewolucji, czy o tym dlaczego żarówka świeci. Można to zrobić za pomocą standardowej nauki- czyli mało kto pojmie o co chodzi, a można zrobić to za pomocą sciencepop, czyli przedstawić to w sposób zrozumiały dla przeciętnego człowieka.

Czy sciencepop to coś nowego? Nie wiem. Czy jest to coś niesamowitego, wartego zauważenia? Nie wiem. Czy wszystkie te zjawiska, które opisałem są tylko moim subiektywnym wrażeniem? Możliwe. Ale nawet jeśli tak… zjawisko sciencepop wydaje mi się jednak istnieć i chyba coś jest na rzeczy.


A jakie są Wasze opinie na ten temat? 

środa, 3 czerwca 2015

Ile kwasu zawiera Coca- Cola?

Tym razem artykuł będzie trochę nietypowy. Chyba nigdy nie zdarzyło mi się jeszcze, by moje własne sprawozdanie z doświadczenia jakie prowadziłem w czasie laboratorium przedstawić w formie artykułu na bloga. Ale z uwagi na same doświadczenie, jakie ja nazwałbym „fajnym”, stwierdziłem, że kogoś może to zainteresować, a komuś innemu pomóc.

Swoją drogą bardzo ciekawi mnie, czy innych studentów chemii w kraju czeka miareczkowanie konduktometryczne kwasu fosforowego(V) zawartego w Coca-Coli. Wiem, że dla niewtajemniczonych nazwa brzmi „dziwnie”, ale zaraz się wszystko wyjaśni. Swoją drogą, jeśli są tu inni studenci chemii, lub kierunków podobnych, którzy w jakikolwiek sposób oznaczali stężenie kwasu fosforowego(V) w Coca-Coli proszę wpisujcie w komentarzach co Wam wyszło ;)

A wracając do samego miareczkowania. Coca- Cola jaka jest, każdy chyba wie (i ten przeogromny koncern nie płaci mi za lokowanie produktu). Ciemny, słodki płyn, o charakterystycznym smaku. Specyficzny smak jaki możemy poczuć podczas spożywania napoju, ma swoje podłożę w ekstraktach z wanilii, pomarańczy i cytryny. Niewiele osób wie, że podczas produkcji napoju wykorzystuje się liście koki (tak, tej koki!), a do 1903 roku, każda szklanka Coca- Coli zawierała około 9mg kokainy. Obecnie do produkcji, wykorzystuje się kokę, która nie zawiera w sobie kokainy, stąd i napój jest jej pozbawiony.

Bardziej popularną informacją, jest fakt, że Coca-Cola zawiera w sobie kwas fosforowy(V). Kiedyś słyszałem, że jest on dodawany, by powstrzymać organizm przed wymiotami, po dostarczeniu do niego takiej ilości cukru jaką zawiera sam napój, ale sam raczej skłaniam się do teorii, że jest to zwykły wzmacniacz smaku. Nie jest tajemnicą, że kwas fosforowy(V) jest dodatkiem do żywności o numerze E338 (zaklasyfikowany jest jako przeciwutleniacz i regulator kwasowości), a można go znaleźć w wielu innych produktach  tj. owoce kandyzowane, alkohole, wyroby cukiernicze. Oczywiście jest on niebezpieczny, tak jak w sumie wszystko- ale jego szkodliwość wymaga, aby dostarczyć do organizmu wystarczająco duże jego stężenie. Gdybyśmy chcieli zabić się kwasem fosforowym(V) zawartym w Coca-Coli, wydaje mi się, że trzeba by było wypić około 20 litrów napoju co już samo w sobie byłoby śmiertelne (chociażby z uwagi na zbyt dużą ilość cukru i płynu jaki byśmy dostarczyli).

Ale, co będziemy przejmowali się tym czy puszka Coca-Coli może nas zabić, czy nie. O wiele ciekawsze jest ile tego kwasu faktycznie w tej puszcze jest. W tym celu, w czasie laboratorium z podstaw analizy instrumentalnej użyłem metody znanej jako miareczkowanie konduktometryczne. Co to takiego?

Konduktometria, to ciekawa (chociaż nie moja ulubiona) metoda, oparta na pomiarze przewodności roztworu elektrolitu. Teraz uporządkujmy sobie kilka rzeczy- elektrolit to roztwór (w wypadku Coca-Coli wodny), w którym są jony. Inaczej jest to woda z jonami, a jony te przewodzą prąd. Im więcej jonów, tym prąd lepiej się przewodzi, bo „ma” on wtedy więcej nośników. Samo miareczkowanie konduktometryczne, opiera się na tym, że do roztworu np. słabego kwasu (bo kwas fosforowy(V), zawarty w Coca-Coli, to słaby kwas), dodaje się powoli odpowiednie ilości („miareczki”) silnej zasady (np. wodorotlenku sodu) i mierzy się zmiany przewodnictwa elektrycznego roztworu. Samo przewodnictwo elektryczne analizowanego roztworu, to po prostu pewne określona wielkość, która odpowiednio „obrobiona”, pozwala nam zorientować się co dzieje się z jonami w roztworze.


Kwas fosforowy(V), który obecny jest w Coca-Coli dysocjuje- czyli jego „cała cząsteczka” rozpada się w roztworze na odpowiednie jony. W tym wypadku powstają jony hydroniowe i jony fosforanowe(V). Przewodnictwo jest wysokie, ponieważ jony hydroniowe są bardzo ruchliwe i kręcą się po całym roztworze jak dzieci na placu zabaw. Podczas miareczkowania kwasu za pomocą zasady, tak jak ja robiłem w czasie doświadczenia, jony wodorotlenkowe (pochodzące od zasady), porywają proton z jonu hydroniowego, dzięki czemu powstają 2 cząsteczki wody, które same w sobie prądu nie przenoszą bo nie są jonami. Oczywiście w roztworze pojawiają się wtedy kationy sodowe i pozostają aniony fosforanowe(V), ale są one mniej ruchliwe od kationów hydroniowych, stąd przewodnictwo roztworu spada. Spada ono do pewnego momentu… w którym zaczyna rosnąc. Dlaczego? Bo po miareczkowaniu całego kwasu jaki zawarty był w próbce (czyli ilość wszystkich kationów hydroniowych) spadła do 0, dodajemy cały czas aniony wodorotlenkowe (podczas dodawania zasady). Są one tak samo ruchliwe jak kation hydroniowy, i powodują zwiększanie przewodności roztworu. Na podstawie punktu, w którym obserwujemy najniższy punkt na krzywej miareczkowania konduktometrycznego (zaraz po tym punkcie, przewodnictwo zaczyna rosnąć) wiemy, w którym momencie cały kwas został miareczkowany (czyli kiedy  wszystkie jony hydroniowe, odpowiadające ilości kwasu w roztworze zostały przereagowane do wody). 

Moment przegięcia na krzywej miareczkowania odpowiada ilości dodanej zasady- np. po dodaniu 4,5ml roztworu wodorotlenku sodu o określonym stężeniu, zaobserwowaliśmy, że wykres miareczkowania konduktometrycznego osiągnął swoje minimum, a po dodaniu kolejnej kropli, przewodnictwo zaczęło rosnąć. Stąd wiemy, że po dodaniu 4,5ml roztworu zasady sodowej o określonym stężeniu, odmiareczkowaliśmy cały kwas- a na podstawie odpowiednich obliczeń, możemy  powiedzieć ile tego kwasu tam było. 

strzałką zaznaczony punkt przegięcia krzywej
Podczas konduktometrycznego miareczkowania alkacymetrycznego roztworu Coca-coli w wodzie jako titrant został użyty  0,1M roztwór wodorotlenku amonu w wodzie (rozpuszczony w wodzie amoniak). Po umieszczeniu w roztworze Coca- coli elektrody, odczekałem do momentu ustabilizowania się wyniku na wyświetlaczu konduktometru. Następnie prowadziłem miareczkowanie za pomocą roztworu zasady, dodając po 0,2cm3 titranta i odczekując do ustabilizowania się wyniku. Uzyskałem cały szereg wyników- całe miareczkowanie zajęło kilkanaście minut. Pominę kwestię samych konkretnych wyników jakie uzyskałem, oraz tego jak były one opracowywane- jeśli ktoś chce je znać, proszę o kontakt. Nie ma też sensu zaznajamiać się ze szczegółami obliczeń- tym niech zajmą się chemicy, albo pasjonaci. Na podstawie przeprowadzonych doświadczeń, udało się wyznaczyć stężenie kwasu fosforowego(V) w Coca-coli. Stężenie to wyniosło 0,0028M, a masa kwasu fosforowego(V) jaka znajduje się 1l Coca-coli wynosi 0,2744g. Zakładając (w dużym uproszczeniu, że 1l Coca-Coli waży 1000g), stężenie procentowe roztworu kwasu fosforowego(V) w napoju wynosi 0,02744%. 

Czy wynik obarczony jest błędem? Z całą pewnością! By mieć całkowitą pewność co do zawartości kwasu fosforowego(V) w napoju powinno się wykonać kilka pomiarów, aby móc uśrednić wyniki! Należałoby również korzystać z napojów z różnych butelek- bo nie mamy pewności czy każda z butelek zawiera go taką samą ilość! Błędy jakie pojawiły się w wynikach końcowych mają również swoje podłożę w niedokładności stosowanej metody- wyniki odczytywane na wyświetlaczu konduktometru nie mogły się całkowicie ustabilizować, stąd błędy mogły pojawić się na odczycie przewodnictwa roztworu. Błędy mogły pojawić się też z uwagi na niedokładne ilości dodanego titranta, niedokładnego wymieszania roztworu, lub na skutek zaokrąglania wyników podczas obliczeń.

niedziela, 31 maja 2015

Co czyni białka niezwykłymi?

Białka, proteiny- nie ważne jak nazwiemy te wielkocząsteczkowe biopolimery. Są to majstersztyki natury. I to nie jest przenośnia- to dosłownie mikromonumenty, które zachwycają pod każdym względem w jaki możemy na nie patrzeć. Były na Ziemi na długo przed nami i zapewne będę na długo i po Nas. Właściwie bez nic życie w formie jaką znamy nie byłoby możliwe.

Z technicznego punktu widzenia białka, to wielkie (z kilkoma wyjątkami) struktury chemiczne, które zbudowane są z zestawu dwudziestu aminokwasów. Aminokwasy te tworzą białko, ponieważ połączone są ze sobą wiązaniami peptydowymi. Zawiało chemią?- może trochę. Wyjaśnijmy to sobie teraz na „chłopski rozum”, aby lepiej zrozumieć to o czym chciałbym pomówić w tym artykule.

Co to aminokwas? Są to pewne związki chemiczne o specyficznej, stosunkowo prostej budowie. Każdy szanujący się aminokwas musi posiadać- grupę aminową (czyli atom azotu, który połączony jest z dwoma atomami wodoru); grupa aminowa musi być połączona z atomem węgla, zwanym węglem „alfa” do którego z drugiej strony przyczepiona jest grupa karboksylowa (czyli atom węgla połączony z jednym atomem tlenu wiązaniem podwójnym, a z drugim atomem tlenu wiązaniem pojedynczym, gdzie tlen ten przyłączony ma jeszcze wodór). Do węgla „alfa” przyłączony jest jeszcze atom wodoru i na schemacie ugrupowanie „R”. Ugrupowanie „R” nie jest jakimś egzotycznym ugrupowaniem- to ogólne oznaczenie na wszystkie struktury jakie mogą być w tym miejscu przyłączone. Może tam znaleźć się inny atom wodoru, może znaleźć się atom węgla grupy metylowej, może znaleźć się atom węgla połączony dalej z grupą hydroksylową. Obojętnie co tam jest przyłączone, aminokwas jako „podstawową strukturę” ma grupę aminową i grupę karboksylową przyłączoną do węgla alfa- wyjątkiem jest prolina, ale darujmy sobie omawianie wyjątków.

Budowa aminokwasów jest przedziwna. Z jednej strony posiada on grupę, która posiada w normalnych warunkach w wodzie ładunek dodatni (grupa aminowa), a z drugiej strony posiada on grupę, która w normalnych warunkach w wodzie posiada ładunek ujemny (grupa karboksylowa). Dodatkowe ładunki może posiadać łańcuch boczny (nasze „R”). Dzięki temu, w roztworze wodnym aminokwasy występują jako zwitterjony- czyli jony obojnacze- mimo że posiadają dwa ładunki w swojej cząsteczce (na grupie aminowej jest ładunek dodatni, a na karboksylowej ujemy), aminokwas jako taki jest cząsteczką obojętną, bo jedna grupa „znosi” sumaryczny ładunek drugiej.

W cząsteczce białka, aminokwasy łączą się ze sobą w długi łańcuch. Od tego jakie grupy boczne występują w takim łańcuchu, zależą właściwości i kształt białka. Zależy to tylko od grup bocznych (nasze „R”), ponieważ „trzon”, czy „podstawa” jest taka sama- są to wiązania peptydowe.

Wiązanie peptydowe jest równie przedziwnym wiązaniem chemicznym, o fantastycznych właściwościach. Z punktu widzenia chemii, jest to wiązanie amidowe. Powstaje ono pomiędzy dwoma aminokwasami- a dokładniej między grupą karboksylową jednego, a grupą aminową drugiego aminokwasu. W kontekście biochemii i chemii białek o wiązaniu amidowym mówi się jako o wiązaniu peptydowym, ale to nazwa jednego i tego samego wiązania. Darujemy sobie omawianie mechanizmu powstania wiązania peptydowego- zostawmy to chemikom. Przyjrzyjmy się jego niezwykłe j strukturze.

Atom tlenu połączony wiązaniem podwójnym do atomu węgla „dawnej” grupy karboksylowej, a ten atom węgla połączony do atomu azoty „dawnej” grupy amidowej. Niesamowite możliwości! Z teoretycznego punktu widzenia atom węgla grupy karboksylowej połączony jest z atomem azotu wiązaniem pojedynczym. Gdyby tak było, możliwa byłaby rotacja dookoła tego wiązania. Molekuły rotują- kręcą się dookoła wiązań pojedynczych. Trochę to tak łopatki miksera- mikser to jedna część cząsteczki, a wirująca łopatka zanurzona w np. bitej śmietanie to druga część. Prosty, metalowy kawałek łączący łopatkę i mikser możemy wyobrazić sobie jako wiązanie, które umożliwia obracanie się łopatki w cieśnie. Tak samo powinno być w wypadku wiązania peptydowego- powinno się ono kręcić. Tak się jednak nie dzieje. Dzięki unikalnemu połączeniu i „usadowieniu” atomu tlenu grupy karbonylowej i atomu azotu dawnej grupy aminowej w tak bliskiej odległości, częściowo wiązanie pojedyncze między atomem węgla a azotu, staje się wiązaniem podwójnym. I rotacja w tym wypadku przestaje być możliwa. Wiązanie staje się płaskie jak stół. Nie jest już możliwa jego rotacja wokół własnej osi.

Białka zbudowane są właśnie z takich „elementów”, czyli aminokwasów, które połączone są płaskim i stosunkowo trwałym wiązaniem peptydowym. Jest ono dość sztywne co powoduje, że białka jako tako mogą utrzymać swój stały kształt. Zależy on oczywiście od obecności grup pobocznych aminokwasów.

W roztworze wodnym, zsyntezowane białko przypomina trochę unoszącą się nitkę z koralikami na niej, która może się zwijać, skręcać, rozkręcać, obracać i przyjąć prawie każdy kształt. Fachowo nazywa się to kłębkiem statycznym. Białko, aby mogło pełnić swoją funkcję nie może oczywiście „wyglądać” jak mu się podoba. Zwija się ono bardzo szybko w odpowiednią i ściśle zdefiniowaną strukturę. Każda cząsteczka pepsyny, czy hemoglobiny, czy albuminy wygląda zawsze tak samo (pod warunkiem, że jest prawidłowo zsyntezowana). Białko zwija się tak na skutek oddziaływania grup bocznych ze środowiskiem, z samymi sobą, dzięki obecności mostków disiarczkowych i wielu innych czynników. Jest to poważny problem, nad którym naukowcy cały czas pracują, aby móc w pełni go opisać.

Ponieważ naukowcy sami nie wiedzą jak to się do końca dzieje, że białko przyjmuje w końcowym efekcie zawsze taki sam kształt, my też nie będziemy się tym zajmowali. Przejdziemy do momentu, kiedy mamy już gotowe, w pełni ukształtowane białko. Zakładamy, że ma ono taki kształt jaki powinno posiadać, ewentualnie posiada on grupy prostetyczne (czyli takie które pierwotnie nie należały do białka, ale przyłączyły się do niego w określonym miejscu) i posiada zdolności katalityczne.

Nie każde białko oczywiście musi posiadać grupę prostetyczną. Nie każde białko musi też brać udział w reakcjach chemicznych w komórce. Niektóre białka odpowiadają tylko za transport substancji (np. hemoglobina transportuje tlen), inne odpowiadają za budowę struktur komórkowych (np. miozyna). Część białek bierze jednak udział w katalizowaniu reakcji chemicznych.

Co to oznacza? Niektóre reakcje chemiczne zachodzą bardzo szybko. Nie potrzebują one pomocy. Inne natomiast zachodzą bardzo wolno- na tyle wolno, że organizm bez „wspomagania” nie mógłby funkcjonować. Dzieje się tak dlatego, że w znakomitej większości przypadków do zajścia reakcji, substraty muszą ułożyć się względem siebie w odpowiedniej odległości. Muszą „obrócić” się do siebie jak najbardziej korzystnie. Ich zderzenie musi być wymierzone z taką energią by mogła zajść reakcja- musi być na tyle duża, że przy zderzeniu cząsteczki po prostu nie odskoczą od siebie. Energia nie może być też zbyt duża by cząsteczki porozpadały się podczas zderzenia.

Nie jest o to tak łatwo w gąszczu wielu setek, a nawet tysięcy najróżniejszych cząsteczek. Białka, a dokładniej enzymy- są to białka biorące udział w reakcjach- mają za zadanie „łapać” cząsteczki, odpowiednio je względem siebie ustawiać, pomóc im w zderzeniu i zajściu reakcji chemicznej, która normalnie zachodziłaby np. 1 raz na sekundę, a w obecności białek zachodzi np. 10 tysięcy razy na sekundę.

Wiele osób twierdzi, że najwspanialsza funkcją białka jest to, że ma możliwość „sterowania” reakcją chemiczną. Bez wątpienia tak jest. Moim zdaniem jednak, tą „fajniejszą” cechą białek jest fakt, że potrafią one „złapać” cząsteczki.

Zróbmy eksperyment. Połóż przed sobą na stole długopis. Teraz za pomocą tylko jednego palca podnieś go i napisz na kartce swoje imię. Możesz w tym celu użyć tylko i wyłącznie jednego palca- aby złapać długopis i napisać swoje imię. Trudne? Chyba niemożliwe. Teraz zaangażujemy w ten proces dwa palce. Pamiętaj, by nie opierać długopisu w „zgłębieniu” między kciukiem, a palcem wskazującym. Spróbuj teraz napisać swoje imię. Da się? Da, ale nie wygląda to najładniej. Teraz zrób to samo  tak, jak robisz to zawsze- złap długopis tak jak jest ci wygodnie.

Ilu palców i elementów ręki użyłeś? Ja potrzebuję do tego kciuka, palca wskazującego i środkowego, oraz wgłębienia między kciukiem i palcem wskazującym.

Enzymy działają tak samo. Muszą one pochwycić cząsteczkę, która ma ulec reakcji w co najmniej trzech miejscach. Zapewnia to stabilność w „trzymaniu” jej oraz możliwością jej dowolnego obracania w przestrzeni. Oczywiście można zaangażować więcej niż 3 punktu podparcia, ale 3 to minimum, by cząsteczka była pochwycona pewnie i na tyle stabilnie, by przypadkiem nie wyślizgnąć się z objęć enzymu.

Czy jest to takie niesamowite? Przecież co to za problem by chwycić cząsteczkę nawet w 3 miejscach. Wystarczy, by element enzymu, który odpowiedzialny jest za złapanie cząsteczki miał odpowiedni kształt i właściwości. My też przecież nie mamy problemu z pochwyceniem długopisu, który leży sobie na biurku. Co w tym niesamowitego?

Wyobraź sobie teraz basen z wodą. Wchodzisz do tego basenu i pływa w nim bardzo wiele ryb. Jedne mniejsze, drugie większe, ale jest ich wiele i są z różnych gatunków (mają różny kształt, pływają z różną szybkością, są spokojniejsze, lub bardziej wystraszone). Masz za zadanie teraz pochwycić za pomocą jedynie 3 palców rybę w takim zbiorniku. Oczywiście wszystkie pływają. Obijają się o ciebie. Jeśli byłaby tam duża ryba np. rekin (oczywiście jeśli by cię nie zjadł) po uderzeniu w ciebie, zmieniłby twoją trajektorię. Ty również w celu złapania tej jednej, konkretnej ryby musisz machać rękami, nogami i wyginać się tak by po pierwsze zbliżyć się do niej, a następnie złapać ją za pomocą trzech palców i najlepiej przysunąć jak najbliżej ciała by nie uciekła.

Te porównanie jest bliższe prawdy tego jak wygląda praca enzymu.

W roztworze wodnym w komórce mamy setki substancji. Cząsteczka enzymu na ślepo przemierza wnętrze komórki i „szuka swoim” cząsteczek. Cały czas jest bombardowana z różnych stron- odpychana i przesuwana. A do tego, za pomocą małego swojego fragmentu musi pochwycić inną cząsteczkę. Cząsteczka ta też się porusza, jej struktura wiruje (tak jak już wcześniej mówiliśmy). Cząsteczka ta przepycha się między innymi, zderza i „kręci się” jak niespokojne dziecko.

W momencie pochwycenia ją przez enzym ten szybko zmienia swój kształt tak, by jak najmocniej pochwycić cząsteczkę (czyli tak, by oddziaływania enzym- cząsteczka były jak najsilniejsze) i stara się ją odizolować od środowiska na czas reakcji, aby przypadkiem inna rozpędzona cząsteczka nie wybiła ją z uścisku. Enzym tak dopasowuje się do kształtu cząsteczki, aby jak najsilniej ją złapać, ale również tak, by móc nią manipulować w przestrzeni. Wszystko w nieustającym ruchu wszystkich elementów, drganiu wszystkiego dookoła, ciągłych zderzeniach i pląsaniach.

Trochę to tak, jakby próbować utrzymać przerażoną żabę w rękach, siedząc podczas sztormu na bujającej się tratwie na środku oceanu. A pamiętajmy, że enzymy robią to co ułamek sekundy, zamieniając miliardy cząsteczek różnego rodzaju w inne cząsteczki w każdej sekundzie naszego życia. Dla nas jest to abstrakcja, której nie możemy sobie nawet wyobrazić- no bo jak coś takiego jak struktura białkowa w ciągu sekundy potrafi np. tysiąc razy przyłączyć się do tysiąca różnych cząsteczek, jedna po drugiej, dopasować się do tych cząsteczek, przeprowadzić na nich odpowiednią reakcję, wypuścić je, związać się z kolejną i tak od setek to setek tysięcy razy w ciągu sekundy. Dla nas jest to magia. Dla enzymów- chleb powszedni.


Zapraszam do odwiedzenia strony na Facebook! 

sobota, 30 maja 2015

Paradoks wody

Woda jest substancją niezwykłą. Chyba każdy o tym wie. Nie wchodząc w chemiczne/ fizyczne dyskusje, to właśnie głównie dzięki niej, życie jest możliwe i na niej się opiera. To już wystarczający fakt, dla którego możemy mówić o jej niezwykłości. Dziś nie będziemy zajmowali się jednak jej niezwykłością, ale skupimy się na jednym ciekawym fakcie. Pojęcie go, a raczej zrozumienie zajęło mi sporo czasu, stąd chciałbym go przybliżyć, bo być może są tutaj inne osoby, które mają podobny problem jak ja miałem.

Woda dysocjuje, a właściwie autodysocjuje. Co to oznacza? Dysocjacja jest procesem rozpadu cząsteczek określonego związku chemicznego na jony, pod wpływem jakiegoś czynnika np. rozpuszczalnika, ale może to być też wysoka temperatura. Przykładowo- chlorek sodu, czyli NaCl, po umieszczeniu w wodzie dysocjuje na kationy sodowe, oraz aniony chlorkowe- my obserwujemy to jako rozpuszczanie chlorku sodu. Dla sprostowania- cukier rozpuszcza się w wodzie, ale nie dysocjuje- rozpadają się jego kryształy, ale sama cząsteczka sacharozy nie rozpada się na drobniejsze (jest to podstawowy błąd, który wiele osób powtarza, a jakoś nauczycielom nie pali się go prostować).

Woda ma zdolność do autodysocjacji- oznacza to, że też może rozpadać się na jony, pod wpływem innych cząsteczek wody. Podobne zdolności ma siarkowodór, amoniak i kilka innych. W reakcji autodysocjacji (bo jest to reakcja chemiczna, a nie proces fizyczny!), dwie cząsteczki wody zderzają się, dzięki czemu jedna cząsteczka oddaje proton i staje się anionem hydroksylowym, a druga cząsteczka kradnie proton, tworząc kation hydroniowy.

Reakcja autodysocjacji ma przeogromne znaczenie- na jej podstawie opiera się cała skala pH. Każda reakcja chemiczna, pozostaje w pewnej równowadze. Określona ilość cząsteczek w każdej chwili rozpada się, a w tej samej chwili tyle samo cząsteczek łączy się. Przykładowo Jeśli na 100 cząsteczek wody, 20 ulegnie autodysocjacji (powstanie 10 jonów hydroniowych i 10 anionów hydroksylowych), to w tym roztworze, już obecne kationy i aniony (po 10 każdego rodzaju) ulegnie przekształceniu w obojętne cząsteczki wody. Równowaga oznacza nie to, że nie występują żadne reakcje- one występują, ale sumarycznie ilość dysocjujących cząsteczek odpowiada ilości cząsteczek które 'poszły' w drugą stronę. W każdej sekundzie w szklance czystej wody zachodzi bardzo wiele reakcji autodysocjacji i tyle samo reakcji przeciwnych, które ze zderzenia jonów dają cząsteczki obojętne.

Jest to istotny fakt, ponieważ na nim opiera się skala pH. Na podstawie reakcji autodysocjacji wody, można zapisać wyrażenie na stałą dysocjacji.  Stała dysocjacji w warunkach standardowych, dla idealnie czystej wody wynosi 3,23·10-18. Chemik wie co to oznacza, a dla nas wystarczy wiedzieć, że taka mała wartość tej stałej, mówi o tym, że woda niechętnie dysocjuje- cząsteczka wody woli pozostać jako zwykła woda, niż zderzyć się z inną tworząc jony. Ale mimo tego, że stała jest tak mała i woda nie jest chętna do autodysocjacji, oto jednak na zachodzi. 

Na podstawie odpowiednich obliczeń, wiemy, że w idealnie czystej wodzie (w 1l), znajduje się po 10-7 mola kationów hydroniowych i tyle samo anionów hydroksylowych. Dzięki temu, woda jako całość jest elektrycznie obojętna, bo tyle samo każdego z jonów daje sumarycznie ładunek obojętny. Mimo tego, że woda jako całość jest obojętna, przeglądając ją molekuła, po molekule, znaleźlibyśmy w litrze wody taką samą ilość kationów jak i anionów.

Wymyślono kolejne pojęcie- iloczyn jonowy wody. Nie wnikajmy co to takiego jest- ale zaznaczam, że nie wymyślono go z nudów! Po prostu przyjmijmy, że to określona wartość, która jest iloczynem (wynikiem mnożenia) stężenia kationów hydroniowych i anionów hydroksylowych w czystej wodzie (10-7 razy 10-7) i wynosi on 10-14. Jest to wielkość mała i nie jest wygodna w użyciu. Wymyślono (z określonych powodów), że będziemy oznaczali iloczyn jonowy wody, jako ujemny logarytm dziesiętny z naszej wartości, czyli –log1010-14. Dzięki temu, 10-14, przybrało bardziej ludzką formę po prostu 14. Wartość 14 jest określona dla danej temperatury! I to będzie bardzo ważne stwierdzenie dla naszych rozważań.

Co nam to dało? Po co się tak trudzić, żeby wyznaczyć liczbę 14?

Na tej podstawie stworzono skalę pH. Jest to skala mówiąca o kwasowości danego roztworu. Można mówić też o skali zasadowości roztworu- wtedy mamy do czynienia z pOH. Są to skale ściśle ze sobą korelujące. Skalę pH oznacza się jako ujemny logarytm ze stężenia kationów hydroniowych w wodzie, a skalę pOH jako ujemny logarytm ze stężenia anionów hydroksylowych w wodzie. Dzięki temu, można wyznaczyć jaka wartość odpowiada chemicznie czystej wodzie. Brzmi strasznie, ale w rzeczywistości są to proste rzeczy, a jeśli kilka razy użyje się tych wielkości, albo przerobi kilka zadań, wszystko staje się dziecinnie proste i ciekawe!

W czystej wodzie, jak wcześniej mówiliśmy, jest 10-7 mola kationów hydroniowych (na 1dm3) i tyle samo anionów hydroksylowych. Policzmy, co na to skale pH i pOH:

Dzięki temu widzimy, że pH + pOH= 14. Czyli znowu pojawia się nam nasza 14! Dzięki temu wiemy, że gdy pH-metr pokaże nam wartość 7, mamy do czynienia z roztworem o obojętnym pH. Gdy pH-metr pokaże nam wartość mniejszą od 7, mamy do czynienia z roztworem kwaśnym (ma on więcej kationów hydroniowych), a gdy pH jest większe od 7 roztwór jest zasadowy (ma więcej anionów hydroksylowych). Stąd skala pH rozciąga się od 0, aż do 14.

I teraz bardzo ważna rzecz- nasza wartość 14 zależy od temperatury! Mało się ten fakt akcentuje, albo po prostu się o nim wspomni raz i tyle. A właśnie od tego zależy „paradoks”, że w wyższej temperaturze woda jest kwaśniejsza. I to jest właściwy temat tego artykułu.

Powszechnie wiadomo, że w wyższej temperaturze woda jest bardziej kwaśna. Tu pojawił się mój pierwszy problem- w jaki sposób woda może być bardziej kwaśna od samej siebie? Podczas autodysocjacji z 2 cząsteczek wody powstają jeden kation hydroniowy i jeden anion hydroksylowy. Więc ładunek dalej taki sam- nie ma ani więcej jednych kationów, ani więcej anionów. Więc w jaki przedziwny sposób woda nagle miałaby produkować więcej kationów hydroniowych? Nie umiałem tego zrozumieć, stąd przyjąłem za fakt, że wyższa temperatura= niższe pH= woda jest kwaśniejsza. Przykładowo powszechnie mówi się, że w 100 stopniach Celsjusza, pH wody spada do około 5,56.

Takie rozważania wprowadzały mnie w zakłopotanie, dopóki bardzo dobitnie nie przeczytałem zdania- iloczyn jonowy wody (nasze 14) zależy od temperatury! W wyższej temperaturze iloczyn jonowy jest odpowiednio mniejszy, i dla temperatury wrzenia, iloczyn jonowy wody wynosi 11,13, czyli po podzieleniu na 2, środek skali (czyli pH obojętne) wypada w okolicach właśnie 5,56. Woda pozostała obojętna, bo zmienił się iloczyn jonowy wody!

Niedoświadczony chemik, wkładając pH-metr do gorącej wody,  faktycznie odczyta na skali, że jest ona kwaśniejsza. Chemik z doświadczeniem, posłuży się kompensacją temperatury (czyli termometrem, który koryguje wyniki) i dzięki temu woda pozostanie obojętna, bo taka jest w rzeczywistości.

Mówienie, że woda jest kwaśniejsza w wyższej temperaturze jest prawdziwe, jeśli mówi się o tym w kontekście warunków standardowych! W rzeczywistości nie jest kwaśniejsza, bo iloczyn jonowy wody, a tym samym środek skali przesuwa się co daje pozorny efekt kwasowości. Z tego punktu widzenia, patrząc na wrzącą wodę, przez pryzmat pomiaru jej pH względem warunków standardowych, urządzenie faktycznie pokaże, że jest ona kwaśna, ale biorąc urządzenie, które uwzględni podwyższoną temperaturę, okaże się (co prawda), że jest ona obojętna. Tak oto w jednej zlewce, ta sama woda w tym samym czasie może być kwaśna i obojętna.

Mam nadzieję, że załapaliście to chociaż w minimalnym stopniu. Mnie to trochę zajęło, mam nadzieję, że wam pójdzie łatwiej!


środa, 11 lutego 2015

Eksperyment Calhouna- czy to się już dzieje?

Eksperyment Calhouna nie jest zbyt popularnym eksperymentem o którym mówi się w szkołach, czy na wykładach. Szkoda, bo jest to eksperyment o bardzo ciekawej konstrukcji i założeniach. Przeglądałem kilka stron i filmików poświęconych temu eksperymentowi i postanowiłem to wszystko podsumować i opisać.

Zacznę trochę od końca, bo od wniosku- nieograniczony dostęp do pokarmu i  brak zagrożeń powodował wymarcie populacji. Wniosek może nie wydaje się z początku szokujący, ale po przeanalizowaniu szczegółów i odniesieniu ich np. do populacji ludzi daje do myślenia. Oryginalny tekst autorstwa Cahouna znajdziecie tutaj: LINK.

W lipcu 1968 roku, Calhoun przygotował zamkniętą, kwadratową zagrodę o wymiarach około 2,7 metra i wysokości około 1,4 metra. Na każdej ze ścian przygotowanej zagrody umieszczono cztery poczwórne tunele, które wykonano z drucianej siatki. Tunele te prowadziły z dolnej części wybiegu do klatek lęgowych, karmników oraz poidełek z wodą. Przez cały czas trwania doświadczenia (4 lata) dostęp do wody, jedzenia oraz materiału budulcowego na gniazda był nieograniczony. W zagrodzie nieobecne były drapieżniki.

Po wybudowaniu zagrody, wpuszczono do niej cztery pary myszy. Mogły robić wszystko co robią myszy, miały nieograniczone zapasy i nic im nie zagrażało. Jedynym ograniczeniem była możliwość opuszczenia zagrody.

Od dnia 1 w którym w zagrodzie znalazły się cztery samice i cztery samce, aż do dnia 104 populacja nie rosła- była to faza społecznego dostosowania się. Oznacza to, że w tym czasie myszy te przyzwyczajały się do siebie jak i do nowego otoczenia w którym się znalazły. Przez ten okres myszy stworzyły swojego rodzaju podział terytorialny i zaczęły budować gniazda. W 104 dniu pojawił się pierwszy miot.

Od dnia 105 do 314 wystąpiła faza najszybszego wzrostu (okres wykorzystania). W tym czasie średnio okres podwojenia populacji (np. z 16 osobników do 32, następnie do 64 itd.) następował co około 55 dni. Mioty pojawiały się jednak proporcjonalnie do stopnia społecznej dominacji- oznacza to, ze wykształciła się swego rodzaju struktura socjalna. Można to porównać do posiadania uprzywilejowanej pozycji, przez niektóre osobniki. Samce dominujące zajmowały boksy w których koncentrowało się rodzenie nowych osobników. Samce mniej dominujące nie posiadały potomstwa, albo posiadały go w nieporównywalnie mniejszej ilości niż samce dominujące.

Zauważono, że pomimo identyczności każdego z boksów, w niektórych myszy pobierały więcej pokarmu. W trakcie trwania doświadczenia, w miarę wzrostu populacji dochodziło do przeludniania boksów, oraz zauważono, że po przyzwyczajeniu się myszy do stałego dostępu do pokarmu i picia, przestała przeszkadzać obecność innych osobników. Innych znaczących zmian w zachowaniu się myszy nie zauważono, oprócz faktu, że pod koniec trwania fazy, w całej populacji znajdowało się około trzykrotnie więcej osobników niedojrzałych.

W dniu 315 zaczęła się faza stagnacji. Trwała ona do dnia 559. Był to okres równowagi w populacji. Wydłużył się czas podwajania liczebności populacji- z 55 dni do 145. Zaobserwowano stagnację u samców, nawet tych dominujących. Rolę obronną gniazd przejęły samice, które stały się agresywne wobec innym myszom jak i wobec własnego potomstwa. Samice często odstawiały swoje potomstwo od piersi i zmuszały je do opuszczenia gniazda. Przemoc w zachowaniach samic stałą się powszechna- samce niedominujące atakowały się nawzajem. Zaobserwowano agresje wymierzoną wobec określonych osobników.

Zaobserwowano występowanie zachowań homoseksualnych- starsze samce zalecały się do młodszych, przyjmując pozycję uleglejszą. U samic zaobserwowano proces wchłaniania płodów (organizm myszy może wewnątrzmacicznie wchłonąć płód w momencie występowania niekorzystnych warunków zewnętrznych). Pojawiają się pierwsze bezdzietne samice.

W połowie fazy praktycznie wszystkie młode były odrzucane od samic, przez co nie wykształciły się w nich zachowania emocjonalne (tak, myszy też je posiadają).

Zaobserwowano również nadmierne tłoczenie się myszy w boksach. W założeniach doświadczenia, spodziewano się, że brak miejsca w zagrodzie (przewidziano ją na 3840 myszy) będzie głównym czynnikiem limitującym wzrost populacji. Przez nadmierne tłoczenie się w boksach, część z nich pozostawała całkowicie pusta, stąd samice jeśli tylko by chciały, miałyby dogodne warunki do rodzenia potomstwa w niezatłoczonych boksach- mimo wszystko tak się jednak nie stało.

Ostatnia faza- faza wymierania- trwała od 560 dnia do końca eksperymentu, czyli do dnia 1588. W 560 dniu odnotowano koniec wzrostu populacji. Zachodzenie w ciąże samic jest bardzo rzadkie, a nieliczne przypadki porodu kończą się z reguły śmiercią nowonarodzonych osobników. Ostatnie poczęcie odnotowano w 920 dniu.

Zaobserwowano pojawienie się tzw. „samców pięknisiów”- ich jedynym zajęciem było jedzenie, picie, spanie i czyszczenie futerka. Nie przejawiały one zainteresowania innymi samicami albo samcami.

W trakcie trwania ostatniej fazy populacja praktycznie utraciła zdolność do reprodukcji. W momencie, gdy populacja składała się z ostatniego tysiąca myszy, nie przejawiała ona żadnych społecznych zachowań- obca im była agresja, nie znały zachowań prowadzących do reprodukcji. Nie czuły one potrzeby ochrony gniazda i ostatnie osobniki były całkowicie pochłonięte pielęgnowaniem siebie. Stwierdzono, że wszystkie osobniki nadmiernie dbające o siebie, były doskonale zachowanymi przedstawicielami populacji- miały one zdrowe i zadbane ciała, nie chorowały. Nie przejawiały też zachowań seksualnych.

Wnioski płynące z doświadczenia są bardzo istotne i niepokojące. Głównym jaki zauważono był fakt, że w dużej populacji matka mniej dba o swoje gniazdo i młode. Nie wykształcane zostały społeczne zachowania w kolejnych pokoleniach, ponieważ wraz ze wzrostem populacji zaniknęły czynniki edukacyjne i społeczne u młodych. Z powodu nieograniczonej dostępności do pokarmu oraz braku zagrożenia, osobniki nie czuły potrzeby do podejmowania jakichkolwiek zachowań mających na celu pozyskanie zasobów- młode osobniki nie obserwowały u starszych zachowań i nie mogły się ich uczyć, stąd po czasie zachowania te bezpowrotnie ginęły. Najbardziej niepokojącym (moim zdaniem) wnioskiem jest fakt,  że brak wyzwań stopniowo pogarsza zachowanie kolejnych pokoleń i prowadzi to do wymarcia (samozagłady) populacji.

Poniżej przedstawiony jest oryginalny wykres stworzony przez Calhouna, przedstawiający liczebność populacji myszy w czasie trwania doświadczenia. 



Eksperyment kilkukrotnie ponawiano używając innych gatunków tj. szczury. Co do eksperymentu na ludziach nikt go nigdy nie prowadził. Ale czy tylko ja mam wrażenie, że wiele z zachowań można zaobserwować również u ludzi... czy oznacza to, że eksperyment Calhouna na ludziach właśnie trwa? 


poniedziałek, 9 lutego 2015

DrDino.pl - o sztuce manipulacji w wykonaniu kreacjonistów.

Temat Hovinda cały czas odbija mi się echem w głowie. Tym razem wszedłem na jedną ze stron internetowych mniej lub bardziej powiązanych z osobą Hovinda i tematyką kreacjonizmu. Nie będę pisał kolejnego artykułu na ten temat. Chciałem zwrócić uwagę na manipulacje jakimi posługują się kreacjoniści. Już na samym wstępnie  po wejściu na stronę DrDino.pl widać piękny przykład manipulacji- w ramce z lewej strony witryny podany został cytat Dawkinsa. Zdziwiło mnie dlaczego osoba taka jak Dawkins cytowana jest na stronie kreacjonistycznej, ale po chwili stało się jasne. Zdanie, które całkowicie zostało wyrwane z kontekstu brzmi: „Im bardziej nieprawdopodobne statystycznie zdarzenie, tym mniej wiarygodne jest, że zaistniało przypadkiem. Oczywistą alternatywą dla zachodzących zmian jest inteligentny Projektant”. Gdybym nie znał dzieł Dawkinsa, stwierdziłbym, że to kolejny głupkowaty kreacjonista. Przeczytałem kilka jego dzieł, posłuchałem jego wywiadów i jestem bardziej niż pewny kim jest Dawkins i jaki prezentuje światopogląd. Wyrywanie zdań  jest żenującą próbą manipulacji. Poniżej daje screen ekranu ze strony DrDino.pl dnia 9 lutego 2015 roku z zaznaczonym w ramce cytatem. 

Bez wgłębiania się w to kim jest Hovind, oprócz tego że jest skazanym na więzienie za niepłacenie podatków kreacjonistą, przejrzałem stronę DrDino . Jest to mniej lub bardziej propagandowa strona, na której oprócz sklepów z indoktrynującymi książkami i filmami, które można kupić za niezbyt wygórowane kwoty, można znaleźć pytania do Ewolucjonistów.


Zainteresowało mnie to i postanowiłem sprawdzić, czym te pytania są. Okazało się, że to lista 23 pytań, z których bardzo wiele pokrywa się ze sobą. Nie będę odpowiadał na te pytania, bo są one wyjątkowo stronnicze i większość z nich już w samym pytaniu zmusza do przyjęcia, że projektant musi istnieć. Na pytania sformułowane w taki sposób jak na podanej stronie nie da się naukowo odpowiedzieć. 

Może i powinienem, ale nie umiem obok takich manipulacji przejść po prostu obojętnie.