poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Jesteśmy już na Facebook!

Atom for the World właśnie dołączył do społeczności Facebook!
Zapraszam do zapisywania się na stronie!

http://www.facebook.com/AtomForTheWorld

niedziela, 19 sierpnia 2012

Krasiejów- JuraPark niezwykłych przeżyć.


   Po przejechaniu małej miejscowości Krasiejów, która wydaje się całkowitym końcem świata, oraz odnalezieniu drogi polnej prowadzącej do JuraParku dojeżdżamy do przestronnego parkingu. Parking jest bardzo duży, zadbany i czysty, na którym ruch sterowany jest przez odpowiednie osoby. Już tutaj możemy powoli wczuć się w klimat rodem z Flinstone'ów za sprawą łuków obecnych na parkingu, na których przesiadują pterodaktyle. 
 Po zaparkowaniu auta udajemy się w kierunku bramy JuraParku, gdzie w okienku bardzo miła pani sprzeda nam bilety. Cena w pierwszym momencie może nas zniechęcić- ale to tylko chwilowa reakcja (cena biletu całego to 36zł, a ulgowego 30zł). Dostajemy również na rękę małą "obrączkę" oznaczającą, że od tego momentu jesteśmy pełnoprawnymi gośćmi parku. Po przejściu przez ładnie zrobioną bramę znajdujemy się na skwerku, gdzie możemy (za około 10zł) wypożyczyć na cały dzień dla dzieci małe samochodziki- specjalnie przydatne dla leniwych dzieci. Ja jako pierwszą atrakcję odwiedziłem Tunel Czasu, od którego moim zdaniem każdy powinien zacząć by wprowadzić się w jeszcze bardziej prehistoryczny klimat, oraz dowiedzieć się wielu ciekawych informacji na temat powstania Wszechświata oraz jego ewolucji, aż po czasy dzisiejsze. 

Do Tunelu Czasu nie można po prostu wejść- mimo tego, ze jest on początkiem kierunku zwiedzania. Wielkim plusem jest, że podróż po parku zaczynamy od przejażdżki kolejką z wagonikami przez ponad 300 metrowy tunel, na którego ścianach wyświetlany jest około 8 minutowy film w 3d. Po zamknięciu drzwi tunelu i nastaniu całkowitych ciemności wagoniki powoli ruszają, a my z pomocą okularów (które dostajemy w cenie biletów przy wejściu) oglądamy początek stworzenia wszystkiego, formowanie się Ziemi, stworzenie Księżyca, powstanie gatunków i ich ewolucji i ekspansji. Całość przejażdżki dopełniona jest bardzo fajnymi elementami takimi jak bańki mydlane (idealnie dopasowane do tematu o powstaniu atomów) oraz tego, że podczas całej przejażdżki pod ekranem na który patrzymy znajdują się specjalne gadżety takie jak podświetlane koprolity, małe roślinki rodem z Jurasic Park, gejzery, oraz gatunki niektórych ówczesnych zwierząt. Minusem przejażdżki jest jej czas- jak dla mnie podróż ta mogłaby trwać znacznie dłużej, ponieważ była ona bardzo interesująca. Minusem też jest to, żeby ogarnąć wszystko co dzieje się w tunelu (film w 3d, przedmioty pojawiające się podczas podróży oraz treść jaką przekazuje nam narrator) trzeba byłoby przejechać się jeszcze raz- oczywiście nie jest to problem- możemy jeździć w tunelu ile chcemy i nie pobierana jest za to dodatkowa opłata, co jest ogromnym plusem.
Po przejechaniu Tunelu Czasu dojeżdżamy do miejsca w którym zaczyna się nasza piesza podróż przez JuraPark. Pierwszą rzeczą- zresztą bardzo przydatną o czym dowiadujemy się później- jest sporych rozmiarów łuk skalny rozciągający się nad zadbaną ścieżką otoczoną morzem zieleni. Na łuku znajduje się napis do jakiej ery wchodzimy- pierwszą jest wczesny trias.
Od razu po przejściu pod łukiem po lewej stronie naszym oczom ukazuje się pierwszy dinozaur z jakim mamy do czynienia. Jest nim Chiroterium. 
Chiroterium
Od razu widzimy dokładność z jaką wykonane są eksponaty oraz naturalność, która jest bardzo charakterystyczna dla JuraParku. Mówiąc o naturalności mam na myśli po pierwsze ustawienie eksponatów, które sprawia wrażenie jak gdyby dinozaury na prawdę próbowały przedrzeć się przez rzekę, uciec od drapieżników, zjeść owoce z drzewa lub opiekować się młodymi, a po drugie, że są one ustawione w środowisku, które sprawia, że przenosimy się to zamierzchłych czasów. Wielkim plusem parku jest brak wypucowanych i wystrzyżonych pod linijkę trawników, oraz stojących w rzędach sztucznie wyglądających karykatur dinozaurów. Kawałek dalej- ciągle będąc we wczesnym triasie- znajdujemy ssakokształtnego Cynognata. 
Cynognat.
Po odwiedzeniu Cynognatów pojawia się kolejny kamienny łuk informujący nas o przejściu do środkowego triasu w którym już na samym początku znajdujemy dośc zabawnie wyglądającego dinozaura w kształcie jaszczurki- Tanystrofa. 
Tanystrof
Idąc dalej ścieżką edukacyjną mijamy obok siebie (ze względu na ograniczone miejsce nie mogę dodawać tutaj zdjęć każdego dinozaura, stąd dodaje tylko te, które mi się najbardziej  spodobały. Resztę okazów, które sfotografowałem możecie znaleźć na moim Fotoblogu pod adresem: http://www.photoblog.pl/iamt/130482680) Notozaury. Idąc dalej wchodzimy do późnego triasu- ostatniej ery przed przejściem do pawilonu muzealnego znajdującego się w pięknym budynku na wzgórzu. Idąc w stronę muzeum możemy obok siebie zobaczyć rekonstrukcje dinozaurów, które [sic!] zostały odnalezione na terenie Krasiejowa i ich szczątki nie występują nigdzie indziej na świecie. Pierwszy z nich to Silezaur, natomiast drugi to Polonozuch. 
Polonozouch

Silezaur
Kawałek dalej możemy podziwiać parkę walczących ze sobą Herrerazaurów, groźnych Plateozaurów, roślinożerne prozauropody z gatunku Sellozaurów, oraz nazwane na cześć filmowej Godzilli Godzirozaury. W końcu dochodzimy do końca ery triasu i kolejnym punktem zwiedzania jest pawilon muzealny. Na wejściu witają nas 2 bardzo miłe panie z obsługi, które proszą nas o założenie specjalnych ochraniaczy na obuwie. Wydaje się to dziwne, gdyby nie fakt, że posadzką muzeum jest szklana tafla zawieszona kilkanaście centymetrów nad prawdziwymi wykopaliskami. Całe muzeum znajduje się nad czynnym stanowiskiem wykopaliskowym i przez taflę widać bardzo wyraźnie kości dinozaurów, które kilkadziesiąt milionów lat temu zdechły i zostały w tym miejscu zamknięte aż do tego momentu w którym możemy je oglądać. Obok nas znajdują się dwie gabloty z pełnymi rekonstrukcjami 2 gatunków dinozaurów. Od razu rzuca nam się w oczy, że pod naszymi stopami najczęściej występującą kością jest czaszka należąca do Cyklotozaura- przodka żaby znalezionej jedynie w Krasiejowie. 
Czaszka Cyklotozaura.
Przy wyjściu z pawilonu muzealnego czeka nas jeszcze specjalna atrakcja w postaci pani, która pozwala nam dotknąć autentycznej, wydobytej w Krasiejowie czaszki Cyklotozaura liczącej około 230 milionów lat. Może wydawać się to dziwne- ale jest to (przynajmniej dla ludzi, którzy choć trochę się tym interesują) bardzo głębokie przeżycie dotykać kawałka czegoś co kiedyś należało do jakiegoś zwierzaka, które biegało w miejscu, po którym my dzisiaj chodzimy.
Po wyjściu z pawilonu wchodzimy na kładkę, dookoła której rozpościera się bardzo rozłożysty teren na którym widzimy sporo rekonstrukcji dinozaurów. Nie będę tutaj wszystkich opisywał, powiem jedynie, że wygląda to pięknie i znowu rzuca nam się w oczy naturalność z jaką to wszystko wygląda i brak hollywood-zkiej oprawy co jest wielkim plusem. Rekonstrukcje nie są przesadzone. Są naturalnych rozmiarów i domniemanych kolorów. Nie ma elementów rzucających się w oczy jakie możemy podziwiać w filmach tj. Jurassic Park. Mijamy wiele ciekawych scenek np. T-rex'a atakującego stado Triceratopsów:
Idąc dalej ścieżkami mijamy jeszcze bardzo wiele innych rekonstrukcji dinozaurów tj. diplodoki, velocilaptory, eotyrany, utahraptory i inne. Łącznie można podsumować, że JuraPark jest bardzo bogaty w różnego rodzaju, dobrze zrobione rekonstrukcje prehistorycznych zwierząt. 
Idąc dalej natrafiamy na kino 5d. Wielkim minusem jest cena (cały bilet kosztuje 14 zł) jaką musimy zapłacić za sens (w kinie wyświetlane są 3 sense po 5, 10 i 15 minut jeden). Mimo wszystko po przejściu przez 10-minutowy sens, na którym ja byłem myślę, że warto było dać te pieniądze dla zobaczenia samej techniki 5d. Nieczęsto zdarza się, że w kinie leci na nas woda, dmucha powietrze a fotele rzucają nami na wszystkie strony- dzięki czemu jest to warte wydanych pieniędzy. 
Kolejnym punktem programu było przejście przez nowo wybudowane oceanarium. Na wstępie wita nas pani, która daje nam specjalne okulary. Nie mam pojęcia jaką techniką dysponuje park, ale oceanarium było genialne. Na ekranach które mijamy możemy podziwiać wiele prehistorycznych zwierząt zamieszkujących głębiny mórz i oceanów w tamtych czasach. Dodatkowa klimatyzacja, półmrok i muzyka dodają bardzo specyficznego klimatu- ja osobiście miałem ciarki na plecach. W oceanarium koniecznym do przejścia etapem jest podróż batyskafem. Po wejściu do niewielkiego owalnego pomieszczenia i zamknięcia drzwi rozpoczyna się krótki sens symulujący zejście pod wodę batyskafem, który atakują podwodne dinozaury. Wygląda to o tyle genialnie, że podłoga na której stoimy trzęsie się przy każdym zbliżeniu się do naszego batyskafu dinozaura, a film wyświetlany jest dookoła nas co sprawia, że można się nieźle wystraszyć. Ostatnim elementem oceanarium jest tzw. 'Rekin'- symulacja potężnego rekina, który leniwie pływa po swoim terenie i nagle decyduje się zaatakować szybę oddzielającą nas od niego co skutkuje jej pęknięciem i oblaniem nas wodą (na prawdę!). 
Po przejściu całego parku nadchodzi moment w którym dopada nas głód. Oczywiście nie jest to wielki problem ponieważ znajdujemy tam 2 stanowiska (jedno z jedzeniem raczej zwyczajnym i drugie z jedzeniem prosto z grilla) na wagę- ceny w miarę przystępne, a jedzenie bardzo dobre. 
Organizatorzy parku zadbali oczywiście o rozrywkę dla najmłodszych. Za specjalnie przygotowaną ścianką dzieci znajdą wszystko co tylko sobie zamarzą: od małych karuzeli, poprzez sztuczne wykopaliska, drabinki, huśtawki, trampoliny, oraz minimałpi gaj. 
Po przejściu całego parku czuję lekki niedosyt- bo chciałoby się więcej. Wszystkie figury i informacje jakie można znaleźc w parku powinny rozbudzic w nas chęc szukania dalszych informacji (u mnie na pewno wzbudziły). Pobyt w JuraParku był naprawdę świetną, pouczającą zabawą, oraz pozwolił zobaczyć wiele rzeczy, których dotąd nie miałem okazji zobaczyć. 
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------
Wszystkie fotografię zamieszczone w powyższym poście wykonane zostały przeze mnie w JuraPark w Krasiejowie. 

piątek, 17 sierpnia 2012

Krasiejów- zapowiedź.


    Ponieważ już jutro wybieram się na wycieczkę do Parku Dinozaurów JuraPark w Krasiejowie (woj. Opolskie) i jestem tym bardzo podekscytowany, dziś przedstawię tutaj krótką historię parku, co tam można spotkać  a jutro (albo pojutrze) opublikuje zrobione przeze mnie fotki w parku oraz opiszę co mnie tam spotkało.

   "Odkrywka w Krasiejowie zyskała światową sławę dzięki licznym znaleziskom triasowych kręgowców. Stan zachowania okazów, ich liczba i różnorodność pozwoliły na rozpoczęcie prac badawczych, które trwają do dziś. Wśród wielu wydobytych okazów opisano między innymi nowego pradinozaura nazwanego Silesaurus opolensis.

Pierwsze kości triasowego płaza – metopozaura, znalazły się w zbiorach Instytutu Paleobiologii na początku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. W 1993 roku na teren wyrobiska w Krasiejowie przyjechał prof. Jerzy Dzik wraz ze swoim magistrantem Andrzejem Kaimem. To miejsce wskazał im inny paleontolog zajmujący się skamieniałościami ze Strzelec Opolskich – dr Robert Niedźwiedzki. Pierwsze godziny ku zdumieniu poszukiwaczy przyniosły znalezisko czaszki rybożernego gada – fitozaura. Od tamtej pory w Krasiejowie prowadzone były prace wykopaliskowe na wielką skalę.

Poszukiwania nabrały tempa po roku 2000. Opracowanie płazów z Krasiejowa stało się tematem pracy magisterskiej Tomasza Suleja. Dzięki wsparciu finansowemu Cementowni Górażdże rozpoczęły się systematyczne wykopaliska. Prof. Jerzy Dzik zaprosił do współpracy studentów z Uniwersytetu Opolskiego. Obecnie działa tam Zakład Paleobiologii i pod kierownictwem prof. dr hab. Adama Bodziocha prowadzi się wykopaliska w Krasiejowie. Po trzech latach prac materiały pozyskane przez Instytut Paleobiologii PAN zostały wstępnie opracowane i przygotowano ekspozycję w warszawskim Muzeum Ewolucji. Jej najatrakcyjniejszymi elementami, oprócz oryginalnych eksponatów, są rekonstrukcje naturalnej wielkości głównych przedstawicieli fauny krasiejowskiej wykonane przez Martę Szubert.
Prace paleontologiczne w Krasiejowie trwają dalej. Więcej informacji na ten temat znajdziecie na stronie Instytutu Paleobiologii PAN"- tekst pochodzi ze strony http://www.juraparkkrasiejow.pl/index.php

  Mam nadzieję na dobrą zabawę, garść nowych informacji i fajne wspomnienia ;)

Może też byliście w JuraParku? Podzielcie się tutaj Waszymi wrażeniami.

czwartek, 16 sierpnia 2012

Samobójstwo w genach?

 
    Ludzie jako jedyny gatunek na planecie Ziemi są istotami, które całkowicie, w sposób skrajnie świadomy są zdolni do krańcowej autodestrukcji. Tylko dlaczego?
   To co niegdyś przewidział wybitny angielski poeta T.S. Eliot potwierdzili naukowcy dowodząc ostatecznie,  że największą częstotliwość samobójstw odnotowujemy na wiosnę i początek lata. Wydaje się to skrajnym przeciwieństwem- w okresie, gdy przyroda budzi się do życia, słońce zaczyna przygrzewać, zwierzęta wychodzą ze swoich nor, a drzewa wypuszczają liście, niektórzy decydują się na akt sprzeczny z zasadami samozachowawczymi- kończą swoje życie, czy to przez powieszenie się na framudze drzwi, podcięcie żył w wannie, czy przedawkowanie leków popitych alkoholem. Logika podpowiada nam, że samobójstwa w największej liczbie powinny przypadać w miesiącach zimowych, gdzie ludzie zmuszeni są głównie do przebywania w domu, co może wiązać się z mnożącymi się depresjami. Ale przyczyną samobójstw wcale nie jest depresja. Do niedawno tak sądzono i niedoszłych samobójców próbowano z depresji leczyć, stąd cześć z nich i tak i tak popełniania samobójstwo... bo leczoną złą chorobę.
   Wyobraźmy sobie. Co około 40 sekund gdzieś na Ziemi, ktoś odbiera sobie życie. W ciągu roku jest to ponad 120 tysięcy Europejczyków, a na całym świecie jest to ponad 1 000 000 osób rocznie! Czy jest to więc akt, którego dokonuje słaba psychicznie, zniszczona depresją osoba? Moim zdaniem, podobnie jak zdaniem profesora Thomasa Joinera z Uniwersytetu stanowego w Kalifornii samobójstwo jest czynem, którego dokonują osoby bardzo odważne, bezwzględne i nieustraszone. Samobójstwo wymaga wysiłku i odwagi.
   Według naukowców tylko ludzie są zdolni do samowolnego odebrania sobie życia. Przeczą temu fakty tj. psy, które masowo rzucają się z mostu w przepaść w miejscowości Most Overtoun. Na razie życie w krótkim czasie zakończyło tam około 600 psów, które same skakały z mostu. Jedną z hipotez wyjaśniających ten stan jest być może fakt, że psy żyją blisko człowieka i przejęły od niego w drodze wspólnej ewolucji niektóre cechy- w tym zdolność do samobójstwa. Wydaje się to nieprawdopodobne, ale na razie nie znamy lepszego wyjaśnienia tego stanu. Innym przykładem z życia zwierząt w którym obserwujemy ich samozagładę mogą być robotnice mrówek, które są w stanie oddać życie w obronie kolonii. Zresztą... podobne zachowanie, które można porównać do mrówczanych robotnic obserwuje się wśród ludzi na wyspie Tikopia, gdzie by liczbę ludności utrzymywać na stałym poziomie cześć jej mieszkańców decyduje się na utopienie, powieszenie, lub też popularne tam otrucie się, dla dobra ogółu. Dla nas może wydawać się to nietypowym zachowaniem, jeśli nie okrutnym- dla nich utrzymanie liczby ludności wynoszącej 1200 ludzi jest jednym z głównych celów ponieważ ich wyspa jest w stanie otrzymać tylko 1200 osób w sposób naturalny bez ingerencje w ekosystem.
    Wracając do powodów depresji, myślę, że w świetle obecnych odkryć można odrzucić depresje jako główną kandydatkę popychającą ludzi do targania na swoje życie. Z danych wynika, że tylko 2-4% samobójców na nią cierpi, więc nie może ona być bezpośrednią przyczyną. Inną braną obecnie pod uwagę kandydatką na przyczynę samobójstw jest schizofrenia i zaburzenia osobowości. Coraz głośniej robi się też obok teorii, że samobójstwa trzeba traktować jako całkowicie oddzielną kategorię zaburzeń i nie należy wiązać tego z innymi chorobami.
    Odpowiedzi powinno szukać się w mózgach samobójców, zwłaszcza w sprawie ustalenia czy ich półkule i ośrodki pracują tak samo jak u zdrowych ludzi.... oczywiście prowadzenie takich badań jest utrudnione z dość oczywistych powodów. Nawet jeśli dostaniemy mózg samobójcy jest on po pierwsze martwy, po drugie może być albo w kawałkach jeśli samobójca strzelił sobie w głowę, albo nafaszerowany lekami i alkoholem, albo może też być 'uduszony'- dlatego badania nie miałyby większego sensu.
   Osoba, która decyduje się na popełnienie samobójstwa w znaczniej części przypadków nie dokonuje tego pod wpływem chwili, ale bardzo długo (świadomie lub nie) oswaja się ze śmiercią- stąd do grupy podwyższonego ryzyka należą: lekarze, ludzie bawiący się w sporty ekstremalne, osoby wyleczone z raka. Często też próby samobójcze poprzedzają zachowania polegające na okaleczaniu się.
    Bardzo groźnym zjawiskiem jakie można teraz bardzo szeroko zaobserwować (zresztą jest ono tak powszechne, że zostało nazwane Zjawiskiem Wertera) jest samobójstwo przez naśladownictwo. Występuje ono najczęściej w wielkich populacjach wysoko rozwiniętych środowisk. Najlepszym czynnikiem, który wywołuje fale samobójstw jest śmierć (najlepiej też przez samobójstwo- ale nie jest to warunek) znanej osoby. Prawdopodobnie, gdy znana osoba decyduje się na popełnienie samobójstwa niektórym osobą może to pomóc w podjęciu podobnej decyzji- jest to ostateczny guzik, który od dłuższego czasu czekał na naciśnięcie.
    Na razie bardzo mało wiemy na temat samobójstw, ich przyczyn i działania na społeczeństwo. Ich zrozumienie pozwoli zrozumieć nam lepiej ludzką psychikę. Również samobójstwa popełniane na raty (alkohol, papierosy, narkotyki, niszczenie środowiska) powinny zostać lepiej zbadane. Bo w końcu dlaczego człowiek- najlepiej rozwinięta forma bytu na planecie jako jedyny jest zdolny do odebrania sobie życia?
A jakie Waszym zdaniem są przyczyny popełniania przez ludzi samobójstw.

wtorek, 14 sierpnia 2012

Kometa Halleya- cykl 'O obiektach Układu Słonecznego'.

zdjęcie komety Halley'a  wykonane 8 marca 1986 roku. 
 
   Kolejnym obiektem, który chciałbym przybliżyć w ramach cyklu "O obiektach Układu Słonecznego" jest kometa Halleya. Jest to jedna z najpopularniejszych komet krótkookresowych dostrzeżona przez Edmunda Halleya i badana przez niego- Halley na podstawie zapisków wyznaczył kolejny rok jej pojawienia- kometa pojawiła się i potwierdziła tym samym, że wszystkie wcześniejsze obserwacje dotyczyły właśnie jej.
  Okres obiegu komety Halleya dookoła Słońca wynosi około 76 lat- chociaż zdarzały się odstępstwa (najkrótszy zanotowany dotąd okres wynosił 74,5 roku, a najdłuższy 79 lat).
   Jądro komety Halleya ma sporę rozmiary. Wyznaczono, że jego szerokość wynosi około 8 kilometrów, długość około 16 kilometrów, a wysokość podobnie jak szerokość też około 8 kilometrów. Obliczono na podstawie obserwacji, że przy każdorazowym zbliżeniu się do Słońca kometa traci około 250 mln ton materii w niej zawartych co może świadczyć, że ostatni przelot komety odbędzie się za około 170 00 lat.
   Mimo częstych powrotów komety Halleya bardzo mało o niej wiemy. Sytuacje z czego jest zbudowana dostarczyła nam w 1986 roku sonda Giotto. Dzięki wykonanym przez sondę zdjęciom dowiedzieliśmy się, że kometę pokrywa cienka warstwa nieznanego materiału. Prawdopodobnie pod skorupą znajduje się lód, skały i nieznany nam materiał organiczny odporny na wysokie temperatury.
   Najbliższy przelot komety będzie miał prawdopodobnie miejsce 28 lipca 2061 roku.

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Curiosity wylądował na Marsie!


Jak podaje NASA o godzinie 7,31 czasu polskiego łazik Curiosity wylądował na powierzchni Czerwonej Planety.

"Po trwającym 36 tygodni locie z Ziemi na Marsa i pokonaniu 567 milionów kilometrów sonda weszła w marsjańską atmosferę z prędkością 21 tysięcy km/h. Starannie zaplanowana procedura hamowania sprawiła, że pojazd wytracił prędkość i bezpiecznie znalazł się powierzchni planety.
Operację lądowania wspierały sondy znajdujące się już od kilku lat na orbicie wokół Marsa – dwie amerykańskie: Mars Odyssey i Mars Reconnaissance Orbiter oraz jedna europejska: Mars Express. Główną ich rolą w trakcie operacji lądowania było rejestrowanie sygnałów od lądownika i przekazanie ich na Ziemię.
Sygnały potwierdzające udane lądowanie dotarły do centrum kontroli lotu o 7:31 polskiego czasu.
Łazik Curiosity (ang. ciekawość) będzie eksplorował powierzchnię Czerwonej Planety przez 98 tygodni. Potrafi pokonywać przeszkody o wysokości do 65 cm i podróżować do 200 metrów dziennie. Koszt misji wyniósł 2,5 miliarda dolarów.
Curiosity będzie badać geologię Marsa, promieniowanie docierające do powierzchni planety (np. promieniowanie kosmiczne), monitorować klimat, a także sprawdzi czy na Czerwonej Planecie występowały kiedyś warunki sprzyjające życiu". 

niedziela, 5 sierpnia 2012

Obłok Oorta- cykl 'O obiektach Układu Słonecznego'.

Obłok Oorta.
   
    Z ostatniego artykułu na temat pierwszej planety od Słońca- Merkurego- przenieśmy się teraz trochę dalej w głąb Układu Słonecznego... znacznie dalej, bo aż od 300 do 1000 jednostek astronomicznych od Słońca (1 jednostka astronomiczna to odległość Ziemia- Słońce). Obłok Oorta jest hipotetycznym tworem, który moim zdaniem można przyrównać z granicą Układu Słonecznego.
    Pochodzenie obłoku Oorta nie jest dotychczas potwierdzony. Przypuszcza się, że powstał on podczas formowania się Układu Słonecznego, a ściślej z resztek wyrzucanych w przestrzeń dzięki oddziaływaniom z gazowymi olbrzymami. Podobnie jak powstanie obłoku nie jest potwierdzone tak samo jego istnienie nie zostało dotąd bezpośrednio zarejestrowane. Mimo tego, że go nie widzimy, wiemy, że prawdopodobnie on tam jest, a wskazują na to np. komety długookresowe. Kometami długookresowymi nazywamy takie, których orbita jest bardzo rozciągnięta, a jeden pełny czas jej przeloty wynosi tysiące lat. Typowym przykładem takiej komety jest Kometa Hale'a-Boppa. Obok komet długookresowych w skład obłoku Oorta wchodzą jeszcze 4 inne znane nam dzisiaj obiekty, które posiadają na tyle wydłużoną orbitę, że można je do obłoku zaliczyć: 90377 Sedna, 2008 KV42, (308933) 2006 SQ372, (148209) 2000 CR105.
Sedna- wizja artysty.
Widok Słońca z powierzchni Sedny- wizja artysty.
        Teraz najlepiej zapuście sobie mroczną muzykę (najlepiej Symphonies of the Planets- NASA Voyager Recordings) ponieważ spróbujemy sobie wyjaśnić czym są owe 4 obiekty, kryjące się pod nietypowymi nazwami. Wszystkie są typowymi planetoidami o bardzo wydłużonych orbitach, których czas obiektu wynosi tysiące lat ziemskich. Żeby zrobiło się jeszcze bardziej dziwnie skoncentrujemy się na Sedna- planetoidzie odkrytej w 2003 roku. Okrąża ona Słońce co 12600 lat. Jest ona średniej wielkości planetoidą- jej średnica wynosi około 995km. Jej temperatura powierzchniowa to około -240 stopni Celsjusza. Ze względu na swoją wielkość Sedna zostanie prawdopodobnie zaliczona do grona planet karłowatych, a w przyszłości może posłużyć jako baza wypadowa poza granicę naszego Układu Słonecznego.

Kometa Hale'a-Boppa.
     Ponieważ obłok Oorta znajduje się bardzo daleko od centrum Układu Słonecznego wpływają na niego oddziaływania grawitacyjne pochodzące z innych gwiazd. Najbliższą nam gwiazdą jest Proxima Centauri, która znajduje się w jednej trzeciej odległości od obłoku Oorta. Na oddziaływania z innymi gwiazdami wskazuje fakty wydłużenia orbit komet długookresowych.
   Ciekawostką może być też to, że nasze Słońce może mieć obok siebie towarzysza- Brązowego Karła. Brązowe Karły są to obiekty, które są nieudanymi gwiazdami. Wskazuje na to fakt oddziaływań grawitacyjnych oraz okresowych deszczów komet ku centrum Układu Słonecznego. Obecność w obłoku Oorta Brązowego Karła jest postulowana od dawna. Mimo tego, że nikt owego obiektu nie zarejestrował dostał on już swoją nazwę- Nemezis.

sobota, 4 sierpnia 2012

Merkury- pierwsza planeta cyklu... 'O obiektach Układu Słonecznego'.

Fotografia powierzchni Merkurego wykonana przez sondę Messenger.

      Zafascynowały mnie ostatnio planety i obiekty obecne w naszym Układzie Słonecznym. Pragnę opisać tutaj najciekawsze obiekty, które możemy spotkać podczas podróży w naszym otoczeniu i po krótce przedstawić owe obiekty.
      Merkury jest najbliższą Słońcu, a zarazem i najmniejszą planetą obecną w naszym Układzie Słonecznym. Jest ona położona bardzo blisko Słońca bo około 0,38 jednostki astronomicznej (wynosi to średnio 57 909 176 km). Sam Merkury przypomina powierzchnią najbliższy obiekt kosmiczny towarzyszący Ziemi- Księżyc. Jest to planeta skalista. Obecne są na niej bardzo liczne krateru uderzeniowe oraz brak atmosfery. Ta mała planeta o powierzchni wynoszącej 0,1 powierzchni Ziemi jest bardzo nietypowym miejscem- od strony zwróconej ku Słońcu temperatura powierzchni oscyluje w przedziale 430 stopni Celsjusza, natomiast w tym samym czasie na przeciwległym biegunie (czyli tym zwróconym w stronę przeciwną niż Słońce) temperatura spada do -185 stopni Celsjusza. Ciekawą rzeczą jest, że Merkury posiada ogromne żelazne jądro, które zajmuje ponad 40% objętości planety (ziemskie jądro stanowi jedynie 17% objętości planety).
     W momencie powstawania Merkurego (około 4,6 miliarda lat temu) była to jedna z nielicznych planet, która otrzymała ogromną ilość uderzeń od planetoid, asteroid i komet, które w owym czasie bardzo licznie przemierzały przestrzeń międzyplanetarną. Ogromną niespodzianką jest, że mimo bliskiej obecności Słońca na planecie znajduje się lód taki jaki możemy spotkać na Ziemi. Prawdopodobnie lód znajduje się głęboko na dnie ogromnych kraterów, gdzie nie docierają promienie słoneczne.
Fotografia powierzchni Merkurego wykonana przez sondę Mariner. Plamy po prawej stronie spowodowane są niesfotografowaniem tamtego rejony, ponieważ cały obraz jest mozaiką złożoną z wielu zdjęć. 
   
     Z uwagi na bliskość Słońca Merkury wyróżnia się bardzo nietypowym rozkładem dni. Jeden dzień merkuriański trwa mniej więcej jedną trzecią czasu jaki planeta potrzebuje na okrążenie Słońca (1 dzień merkuriański wynosi ponad 58 dni ziemskich).
     Najlepszym momentem do obserwacji Merkurego są wczesne godziny poranne podczas wschodu Słońca, oraz końcowe etapy jego zachodu. Wynika to z faktu, że w ciągu dnia bez specjalistycznego sprzętu Merkury ginie w blasku Słońca i bardzo ciężko jest go zaobserwować.
     Pierwszym statkiem kosmicznym, który dotarł do Merkurego, był Mariner 10 wysłany przez NASA. Sonda wykonała kilka tysięcy zdjęć powierzchni planety w latach 1974–1975, co dostarczyło nam wiele nowych, wcześniej nie znanych informacji. ''Mariner 10 użył asysty grawitacyjnej Wenus, by zbliżyć się do Merkurego 29 marca 1974. Był to pierwszy przypadek wykorzystania przyciągania jednego obiektu, by osiągnąć inny cel. Równocześnie Mariner 10 był pierwszym pojazdem kosmicznym, który w ciągu jednej misji odwiedził dwie planety''.
     Merkury nie posiada księżyców- możliwe, że jest to spowodowane jego niewielką grawitacją oraz bliskością Słońca, które mogłoby takie obiekty przyciągnąć do siebie, lub wyrzucić w przestrzeń kosmiczną.

piątek, 3 sierpnia 2012

Duchy przeszłości- odyseja Marsjańska. Cześć 2.

Pojazd Oppoturnity- jeden z ostatnich testów stanu technicznego pojazdu. 
       Misja rozpoczęła się w dniu lądowania pojazdu na Marsie, czyli 25 stycznia 2004 roku i została zaplanowana na 90 marsjańskich dni. Została ona wielokrotnie przedłużona i trwa nadal. Do 18 maja 2011 roku pojazd spędził na powierzchni Marsa 2600 dni i przebył dystans 29 709,29 metra. Podobnie jak w wypadku Spirit jest tak wiele do opisania pozwolę sobie tutaj zacytować Wikipedię.
"Już w miejscu lądowania w Kraterze Orła łazik odnalazł liczne odsłonięcia skalne, których badaniem zajmował się przez pierwszy miesiąc. Następnie wyruszył w kierunku niedalekiego krateru Endurance o 130-metrowej średnicy. Pojazd okrążył krater i po wybraniu odpowiedniego miejsca wjechał do jego wnętrza, aby tam badać odsłonięte warstwy skalne, mimo obaw, że luźny materiał na dnie krateru nie pozwoli mu go opuścić. Badania krateru zajęły łazikowi ok. 180 marsjańskich dni.

Na początku 2005 roku Opportunity opuścił krater Endurance, odnajdując własną osłonę cieplną używaną przy wejściu w atmosferę, a w niewielkiej odległości także pierwszy meteoryt odkryty na innej planecie. Następnie wyruszył na południe, w kierunku widocznych z orbity większych kraterów Erebus i Victoria. Pojazd kontynuował badania aż do 25 kwietnia 2005, kiedy to ugrzązł w piaszczystej wydmie. Tkwił tam niemal bez ruchu przez ponad miesiąc. Nie wykonano żadnego poważniejszego manewru w obawie o uszkodzenie mechanizmu napędowego. Po przeprowadzeniu symulacji oraz niewielkiego testu, pojazd uruchomiono ponownie 4 czerwca. Jak miało się okazać, nie był to ostatni tego typu problem.
Na przełomie 2005 i 2006 roku łazik badał płytki, zerodowany i częściowo zasypany pyłem krater Erebus. W międzyczasie nad równiną Meridiani przeszła burza piaskowa trwająca trzy dni, którą łazik przetrwał, ale dopiero prawie trzy tygodnie później wiatr oczyścił panele słoneczne na tyle, aby osiągnęły 80% wydajności. Niedługo potem jeden z silników wysięgnika z narzędziami geologicznymi odmówił posłuszeństwa, wskutek silnych wahań temperatury. Problem udało się rozwiązać, jednak od tamtej pory ramię wysięgnika składane było tylko podczas jazdy.

Od września 2006 do sierpnia 2008 roku łazik prowadził badania krateru Victoria o średnicy 750 m, największego i najgłębszego z dotychczas napotkanych. W czerwcu 2007 roku na Marsie zaczął się sezon intensywnych burz piaskowych, sprawiając że oba łaziki misji MER uzyskiwały bardzo mało energii z paneli słonecznych. W sierpniu burze piaskowe osłabły i łazik Opportunity był w stanie przesłać nowe zdjęcia, a także podjąć dalszą wędrówkę. W listopadzie pojazd wjechał na wewnętrzne zbocze krateru.

Na początku 2008 roku łazik kontynuował badania skał wewnątrz krateru; w międzyczasie pojawiły się kolejne problemy z wysięgnikiem, który ostatecznie został zablokowany w wysuniętej pozycji. W czerwcu łazik znalazł się w niebezpiecznej pozycji na nachylonym zboczu, kilkukrotnie ześlizgując się; ostatecznie w sierpniu wydostał się z krateru i zakończył jego badania. Pojazd wyruszył w dalszą drogę, kierując się ku nowemu celowi: odległemu o 12 kilometrów kraterowi Endeavour o średnicy 22 kilometrów. Obserwacje ze sztucznych satelitów krążących wokół Marsa wskazują, że znajdują się w nim odsłonięte sekwencje skał o wielokrotnie większej miąższości niż w kraterach Endurance i Victoria, których badania mogą znacznie poszerzyć naszą wiedzę o historii geologicznej planety, a także występują w nim minerały ilaste, które mogły uformować się w cieplejszym i wilgotniejszym okresie. Od 30 listopada do 13 grudnia Mars był w koniunkcji ze Słońcem, przez co komunikacja z łazikami była niemożliwa; w tym czasie Opportunity samodzielnie prowadził badania skały nazwanej "Santorini". Od sierpnia 2008 do sierpnia 2011 roku łazik podróżował przez równinę pomiędzy kraterami Victoria i Endeavour, napotykając mniejsze kratery, a także kilka meteorytów. W maju 2010 roku ustalono, że Opportunity musi pokonać dłuższą, 19-kilometrową drogę, aby ominąć potencjalnie niebezpieczne wydmy. 15 grudnia 2010 r. łazik dotarł do krateru Santa Maria o 90-metrowej średnicy, w marcu 2011 roku zakończył badania skał na jego krawędzi i podjął dalszą wędrówkę. 9 sierpnia 2011 roku, po przejechaniu 21 km od krateru Victoria, łazik Opportunity dotarł na krawędź krateru Endeavour."

Panorama krateru Victorii- Opportunity.

Panorama krateru Eagle- Opportunity.

   Kolejną bezzałogową misją na Marsa był brytyjski lądownik Beagle 2, który niestety nie osiągnął powierzchni planety. W roku 2003 miał wylądować na powierzchni Marsa, jednak w czasie tej procedury łączność między nim a statkiem matką Mars Express została utracona. Potwierdzenie lądowania miało dotrzeć na Ziemię 25 grudnia 2003 roku, jednak tak się nie stało. Dnia 6 lutego 2004 Beagle 2 został oficjalnie uznany za utracony.
Phoenix.

Przedostatnią bezzałogową misją na Marsa była sonda Phoenix, która 26 maja 2008 roku wylądowała w okolicach okołobiegunowych Marsa. Najważniejszym odkryciem dokonanym przez Phoenix było potwierdzenie odnalezienia na Marsie lodu wodnego. Sam fakt istnienia wody na Marsie był już od dawna dyskutowany i praktycznie pewny- natomiast to Phoenix pozwolił ostatecznie potwierdzić jej istnienie na Czerwonej Planecie. 10 listopada 2008 roku NASA ogłosiło zakończenie misji. Ostatni kontakt z lądownikiem udało się nawiązać 2 listopada 2008 roku.
Lądowanie Phoenix na powierzchni Marsa- wizja artysty.


  Ostatnią bezzałogową sondą, która ma dotknąć powierzchni Marsa jest sonda Curiosity, która już w najbliższy poniedziałek- 6 października 2012- dotknie powierzchni Marsa. Gdy tylko to nastąpi pojawi się tutaj specjalny post poświęcony tylko i wyłącznie owej sądzie. 

Duchy przeszłości- odyseja Marsjańska. Cześć 1.

 
   Ponieważ już 6 października dokona się [miejmy nadzieję] kolejny krok ludzkości w próbach dążących do skolonizowania innych planet- gdy Curiosity z powodzeniem osiądzie na powierzchni naszego czerwonego sąsiada- postanowiłem zrobić krótką serię dotyczącą innych łazików. Chciałbym pokrótce przedstawić Wam łaziki które z powodzeniem, a czasami i bez niego próbowały osiągnąć Czerwonej Planety. W końcu dzięki każdemu z tamtych łazików wiemy więcej, dzięki każdemu z nich dokonaliśmy kolejnych odkryć i udoskonaliliśmy naszą technikę, zdobyliśmy nowe doświadczenia co pomogło i będzie pomagało w coraz to lepszym konstruowaniu nowych statków- miejmy nadzieję załogowych., które dotrą z powodzeniem na Marsa.
Mars 3
   
         Mars 3- pierwszy, radziecki lądownik, który jako pierwszy w historii dotknął marsjańskiego gruntu. Jego misja trwała od  od grudnia 1971 do maja 1972. Jego zadaniem było sfotografowanie Marsa z jego orbity, badania pola magnetycznego planety, pomiar natężeń wiatru słonecznego oraz zbadanie atmosfery planety. Wewnątrz lądownika Mars 3 w jego wnętrzu umieszczony był pojazd Prop- M, który miał zostac wypuszczony z lądownika i podjechać w pole widzenia kamery pokładowej. Niestety po udanym lądowaniu po niecałych 15 sekundach łączność Ziemia- Mars 3 została przerwana. Misja zakończyła się awarią sprzętu . Lądownik osiągnął powierzchni planety 2 grudnia 1971 o 13:49, a ostatnie sygnały wysłał o 13.50 tego samego dnia. Nie można mówić, że misja całkowicie była stracona. Był to w końcu pierwszy statek, który osiągnął Marsa. Przesłał on nam [bytując na orbicie] wiele fotografii Czerwonej Planety, a jego ostatnim zdjęciem było to wykonane zaraz po jego osiągnięciu powierzchni.
Ostatnie zdjęcie wykonane przez lądownik Mars 3. Prawdopodobnie przedstawia horyzont na Czerwonej Planecie. 

Viking 1
      Następną sondą, która z powodzeniem dotarła i osiągnęła powierzchni Marsa była wysłana przez NASA 20 sierpnia 1975 roku sonda Viking 1. Po dziesięciu miesiącach lotu w stronę planety i pobycie sondy na orbicie Marsa zostało wykonanych wiele dokładnych zdjęc i pomiarów. Lądownik dotknął powierzchni Marsa 20 lipca 19765 roku o godzinie 11:56:06 czasu uniwersalnego. Transmisja pierwszych zdjęć powierzchni Marsa nastąpiła 25 sekund po lądowaniu. Lądownik z powodzeniem pracował, wykonywał zdjęcia oraz dokonywał pomiarów do 13 listopada 1982, kiedy to wadliwa komenda wysłana przez kontrolę naziemną spowodowała utratę kontaktu z łazikiem.


Pierwsze zdjęcie powierzchni Marsa wykonane przez Viking 1 25 sekund po lądowaniu. 


Zdjęcie kamienia 'Big Joe' o wysokości około 2m.
Zdjęcie wykonane przez Viking 1.

Marsjański zachód Słońca- Viking 1.

Sonda Sojourner.
     Mars Pathfinder- sonda wysłana przez NASA, której start odbył się 4 grudnia 1996 roku, a która już 4 lipca 1997 roku wysłała pierwsze zdjęcia powierzchni Marsa. Sonda składała się z 2 modułów: lądownika i marsjańskiego pojazdu Sojournera. Transmisja danych z Sojournera zakończyła się 27 września 1997 z powodu wyczerpania baterii pojazdu. Głównym zdaniem sądy było dotarcie do ciekawych skład, które stały się obiektem badań na podstawie wcześniejszych zdjęc powierzchni Marsa. W trakcie trwania misji łazik wysłał 550 zdjęć powierzchni, dokonał 15 analiz chemicznych oraz przebył 52 metry. Poniżej zamieszam 2 najważniejsze zdjęcia wykonane przez Sojourner.
Powierzchnia Marsa. Zdjęcie wykonane przez lądownik. Widać na nim pojazd Soujourner. 
Tym razem zdjęcie wykonane przez Soujourner przedstawiające jego lądownik. 

Mer- A.
     Mer-A o nieoficjalnej nazwie Spirit- misja NASA prowadzona równocześnie z Mer-B [Oportunity] wysłana w kierunku Czerwonej planety 10 czerwca 2003, o godzinie 17:58:47 czasu GMT. Lądownik wylądował na powierzchni Marsa 4 stycznia 2004 roku w kraterze Gusiew. Zamieszczę tutaj bardzo [moim zdaniem] fajny tekst pochodzący z Wikipedii na temat trwania misji Mer-A.
"Od roku 2004 misja lądownika ulegała wielokrotnemu przedłużeniu. Od lądowania do 30 kwietnia 2008 roku, Spirit przebywał na powierzchni Marsa 1538 dni i pokonał dystans 7 528 m wykonując w tym czasie setki eksperymentów naukowych. Pod koniec stycznia 2009 ujawniono, że przez ostatnich kilka dni Spirit odmawiał posłuszeństwa i nie reagował na rozkazy z Ziemi. Pomimo tego udało się ponownie doprowadzić go do funkcjonalności. W maju 2009 łazik utknął na skrawku luźnego piasku (nazwanym później "Troją"), lecz mimo unieruchomienia prowadził badania nad jego strukturą. Prowadzone w kolejnych miesiącach próby uwolnienia łazika z marsjańskich piasków zakończyły się niepowodzeniem i 26 stycznia 2010 roku NASA zmieniła jego status na stacjonarną platformę badawczą. Od wylądowania łazik pokonał oficjalnie dystans 7730,50 m. 22 marca 2010 odebrano ostatnie dane z łazika. Baterie słoneczne dostarczały około 185 W/sol (trwa marsjańska zima, co skutkuje niższym położeniem Słońca nad horyzontem i krótszym dniem). Planowana sesja łączności 30 marca 2010 nie doszła do skutku - 2001 Mars Odyssey nie odebrał sygnału od łazika. Centrum Kontroli w Pasadenie podejrzewa, że z uwagi na zbyt małą ilość energii łazik wszedł w tryb hibernacji i pozostanie w nim do czasu, aż ilość energii pozwoli na ponowne nawiązanie cykli łączności. Zakładano, że może to zająć kilka tygodni lub miesięcy. 24 maja 2011 roku NASA ogłosiła koniec misji i zrezygnowała z prób skontaktowania się z sondą."
Pierwsze kolorowe zdjęcie powierzchni Marsa- Spirit.

Panorama Marsjańska- Spirit. 




     Z powodu trudności w łączności między moim komputerem, a blogspot.com dalsza cześć posta pojawi się już niedługo. 

czwartek, 2 sierpnia 2012

Siedem minut horroru- Curiosity na Czerwonej Planecie.



      W NASA wrze.  Misja Mars Science Laboratory, która rozpoczęła się w listopadzie 2011 roku zbliża się do drugiego [pierwszy był start z Ziemi] najgorszego i najniebezpieczniejszego etapu, a mianowicie do lądowania na powierzchni Czerwonej Planety najbardziej zaawansowanego technologicznie łazika Curiosity [co znaczy ciekawość].


 

     'Siedem minut horroru' to film stworzony przez NASA, który prezentuje nam to co będzie działo się podczas najdziwniejszego lądowania w historii. Po pierwsze wszystko będzie sterowane komputerowo. Lądownik będzie całkowicie zdany na siebie- żadnej pomocy z Ziemi. Kolejnym elementem jest ciepło. Podczas wejścia do atmosfery Marsa powierzchnia lądownika rozgrzeje się do temperatury co najmniej powierzchni Słońca (1600 stopni Celsjusza!). Kolejnym problemem jest to, że lądownik powinien mocno zwolnic po wejściu w atmosferę by nie roztrzaskać się o powierzchnię planety. Atmosfera Marsa jest 200 razy rzadsza niż ziemska stąd statek zwolni do około 200 mil na godzinę, ale dalej będzie leciało około 1000 mil na godzinę a to jest około 161 000 km/h!!! Ponieważ będzie to ogromna prędkość wymyślono by statek wyhamował za pomocą gigantycznego spadochronu. Oczywiście sam spadochron wiele nie zdziała- statek zwolni o kolejne 200mil/h czyli zejdziemy do około 800mil/h. Gdy już zwolnimy dolna cześć statku odpadnie. Teraz statek będzie składał się z pojazdu Curiosity i wielkiego spadochronu. Ponieważ prędkość dalej będzie za wysoka nie ma wyjścia-... Curosity odpadnie od spadochronu i zacznie samotny lot. Oczywiście Curiosity nie spadnie tak po prostu z taką prędkością na powierzchnie- do kolejnego wyhamowywania posłużą silniki. Silniki te posłużą również w dokładnym wycelowaniu w miejsce lądowania. 20 metrów nad powierzchnią górna cześć pojazdu oderwie się a jego główna cześć opadnie delikatnie na linach i osiądzie na dnie olbrzymiego krateru na powierzchni Czerwonej Planety. Ten ogromnie szalony proces ma trwać zaledwie 7 minut....
      To wszystko już w poniedziałek 6 października 2012 roku.

środa, 25 lipca 2012

UFO? fakt czy fikcja?


   Zainspirowany kilkoma filmami popularnonaukowymi na temat pozaziemskich cywilizacji postanowiłem dokonac kilka prostych obliczeń, które mogą (może i naprawdę, a może tylko dla zabawy) oszacowac ile planet podobnych Ziemi, na których występuje jakiekolwiek życie może istniec w widzialnym Wszechświecie. Mowa tutaj o widzialnym Wszechświecie, czyli tym jaki my widzimy, który można dla uproszczenia przyjąc, że jest kulą o średnicy 28 miliardów lat świetlnych.
   Znalazłem na kilku stronach (najlepsza tutaj: http://wszechswiat.astrowww.pl/universe.html ), że w granicach widzialnego Wszechświata jest około 3 * 1022 galaktyk. Ponieważ w galaktykach znajduje się od 107 do 1012 gwiazd, my załóżmy, że jest ich w jednej galaktyce około 1010. Otrzymujemy wynik,że w granicach obserwacji jest około 1032 gwiazd. Załóżmy, że tylko 1% tych wszystkich gwiazd ma jakąkolwiek planetę, albo cokolwiek co planetę przypomina i otrzymujemy,że takich obiektów jest około 3*1030. Idąc dalej tym tokiem załóżmy, że tylko 0,01% tych obiektów nadaje się do jakiegokolwiek zamieszkania nawet w najbardziej ekstremalnych warunkach jakie przetrwają najbardziej ekstremalne ekstremofile znane nam na Ziemi. Otrzymujemy 3*1026 obiektów, które mogłyby żyć na takich planetach. Idąc dalej tym tokiem myślenia dla przykładu załóżmy, że życie pojawia się raz na biliard przypadków (biliard to 1015 ). Otrzymujemy, że życie musiało powstać na co najmniej 3*1011 planet. Mało? Idąc dalej tym tokiem tylko co miliardowa cześć tych życ jest inteligentna... mamy 300 planet na których życie rozwinęło się chociaż w przybliżonym stopniu tak jak nasze. Oczywiście to jest tylko założenie... ale robi wrażenie... nieprawdaż?

czwartek, 19 lipca 2012

Ratowanie planety.



   Jakkolwiek można Georga Carlina besztać i nie przepadać za nim ze względu na jego poglądy... nie można przejść obojętnie obok tego co on głosi... w sumie głosił, niestety już nie może, bo nie żyje. Nawet mnie- może nie zagorzałego, ale jednak wiernego ratowaniu planety- filmik nakłonił do pewnych rozważań... które zdeformowały mój punkt widzenia.

czwartek, 5 lipca 2012

'Samolubny gen'

 


   Natchniony lekturą jednej z lepszych lektur jakie miałem ostatnio w rękach, a mianowicie 'Samolubnym genem' Richard'a Dawkins'a postanowiłem napomknąć coś na temat hipotezy 'samolubnego genu'. Pozwolę sobie od cytatu zaczerpniętego z samego źródła natchnienia do napisania tego posta, który powie nam trochę dlaczego określenie 'samolubny gen' nie jest do końca poprawne:
"Tytuł ten najlepiej wyjaśnić, ustalając, na co położony jest akcent. Zaakcentujemy 'samolubny', a czytelnik pomyśli, że książka jest o samolubstwie, podczas gdy tak naprawdę więcej uwagi poświęcono w niej altruizmowi. Tak więc słowem, na które w tytule pada nacisk, jest 'gen'- a oto dlaczego: Centralna debata toczona w łonie darwinizmu dotyczy tego, jaka to właściwie jednostka podlega doborowi: co tak naprawdę przeżywa lub nie przeżywa w konsekwencji doboru naturalnego. Ta jednostka stanie się z definicji samolubna."- cytat zaczerpnięty z wprowadzenia do wydania jubileuszowego.
    Warto byłoby sobie uzmysłowić, co tak naprawdę jest nieśmiertelne. Na pewno nie jest to ciało- dwa dni, kilka miesięcy,  kilkaset lat- nieważne, ale ciało zawsze kiedyś umrze. Może populacja? Też nie. Populacja także w końcu wyginie, albo 'rozmyje' się poprzez mieszanie z inną populacją. Może zatem gatunek? Też nie. W końcu gatunki też wymierają, ponieważ stworzone są przez populację, a te tworzone są przez pojedyncze osobniki. Ekosystem- też nie jest nieśmiertelny. Dochodzimy do konkluzji, że nieśmiertelne jest coś ukryte wewnątrz ciała, czy to człowieka, osy, bzu, kota. Tym czymś jest nasz materiał genetyczny, a dokładniej jego nośnik- DNA. Żeby nie było nieporozumień- pojedyncza cząstka DNA nie jest nieśmiertelna- ona żyje od kilkunastu godzin, w porywach do kilku/ kilkudziesięciu lat, ale nie jest nieśmiertelna. Informacja zapisana na DNA natomiast może, a nie musi być wieczna. Informacja ta zapisana jest za pomocą zasad azotowych ułożonych obok siebie w odpowiedniej kolejności i zaplątanej w podwójną , zakręconą helisę. Szeregi owych zasada azotowych ułożone w ściśle określonej kolejności kodują budowe wszystkich białek wytwarzanych w organizmie- dzięki czemu zapisane są w nich wielkośc, kształt, rozmiar, kolor, pokrój ciała, zachowania, popędy i bardzo wiele rzeczy. Każde białko powstaje dlatego, że jego budowa zapisana jest w DNA pod postacią genu. Ale czym jest gen? Ciężko zdefiniowac tak rozmytą, sztuczną strukturę. Pewnikiem jest to, że gen koduje strukturę białka, miejsce do którego trzeba to białko wysłac, zawiera instrukcje kiedy białko trzeba syntezowac. Można powiedziec, że jest to ściśle określony fragment chromosomu, na którym zapisane są instrukcje dotyczące budowy białek. Bardzo ciężko jest ustalic początek i koniec określonego genu. Ponieważ w genach zapisane są plany ciała pojawia się pierwsze  odnieniesienie do 'samolubności' genów. Ponieważ kierują one funkcjonowaniem organizmu, kierują również jego rozwojem zarodkowym. Dobór naturalny oczywiście faworyzuje takie cechy, które pomagają przetrwac w środowisku- dobór naturalny faworyzuje takie organizmy, które są zdolne do przenoszenia na kolejne pokolenia materiału genetycznego, a z tego prosty wniosek, że dobór naturalny faworyzuje takie geny, które potrawią współdziałając zbudowac maszyny zdolne do ich przenoszenia i przekazywania.  Gdy w ciele rodzica powstający zarodek jest w jakimś stopniu wadliwy i upośledzony jest spora szansa, że zostanie on zabity, dla dobra większości, ponieważ on miałby małe szansę, albo ich całkowity brak by przekazać swój materiał genetyczny dalej. Nawet jeśli upośledzony organizm będzie egzystował z wielkim prawdopodobieństwem nie będzie się on rozmnażał, dzięki czemu jest pewność, że jego wadliwe geny nie przejdą dalej i nie utrwalą się w populacji- słabe ogniwo zostanie wyeliminowane. Geny są również samolubne w stosunku do siebie. Widać to szczególnie w momencie zapłodnienia- gdy cześć materiału genetycznego ojca (w wypadku ludzi dokładnie 23 chromosomy pochodzą od ojca i taka sama liczba pochodzi od matki). Pokrótce przedstawię tutaj proces zapłodnienia. Każdy gen ma swoją określoną wersje zwaną allelem. Allele mogą być takie same, albo mogą się czymś różnic np. gen odpowiedzialny za kolor oczu występuje w formach allelu np. warunkującego oczy zielone, a inny allel genu koloru oczu warunkuje oczy brązowe. W wypadku zapłodnienia chromosomy ojca i matki mieszają się. Na przykładzie koloru oczu gdy chromosom matki ma 'zaprogramowane' w sobie geny odpowiadające za oczy niebieskie, a chromosom ojca ma w sobie zapisany 'przepis' na oczy brązowe, dziecko, które powstaje będzie miało oczy brązowe. Dlaczego? Ponieważ, geny odpowiedzialne za brązowy kolor oczu dziecka dominują nad oczami niebieskimi. Wystarczy tylko jeden allel odpowiedzialny za oczy brązowe i one się pojawią. Natomiast potrzeba już dwóch alleli odpowiadających za oczy niebieskie- w innym wypadku kolor ten nie ujawni się, natomiast może być przekazany kolejnym pokoleniom. Geny walczą ze sobą o prawa bytu- korzystniejsze wygrywają.
     W tym momencie możemy wysunąć pierwszy i jeden z najważniejszych wniosków, które przynajmniej moim zdaniem mają ewolucyjny sens. To nie organizm, nie populacja, gatunek, a nawet nie pojedyncza komórka, ale dopiero jej informacja genetyczna zapisana w DNA może być nieśmiertelna. Gdy określone geny pozwalają organizmowi na idealne przystosowanie się do panujących warunków środowiska i zapewniają owym genom stały przepływ przez pokolenia, dopóty geny te będą stale obecne w puli genowej danego organizmu. Może to trwać od kilku pokoleń do kilkuset milionów lat. A my, jesteśmy tylko maszynami podporządkowanymi naszym genom, które robią wszystko by jak najlepiej nas przystosować do środowiska, tylko po to, by samemu móc trwać. Drugim wnioskiem może być sens śmierci- gdy organizm przekaże swoje geny dalej i odchowa potomstwo może umierać, ponieważ jest już 'zużyty/ zbędny'. Dopóki organizm może przekazywać swoje geny potomstwu- do tego czasu ma sens jego egzystencja. W przeciwnym wypadku śmierć organizmu jest pożądana, chociażby z tego powodu by miejsce, pokarm itp. które on zabiera mógł zabierać tym razem organizm nowy, może ulepszony.

środa, 4 lipca 2012

Bozon Higgsa- MAMY GO!

     

     Naukowcy z CERN-u poinformowali właśnie o prawdopodobnym znalezieniu Boskiej Cząstki - bozonu Higgsa. Jeśli informacja ta zostanie ostatecznie potwierdzona, będzie to najważniejsze odkrycie fizyczne w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat! Kilkudziesięciu? Myślę, że jest to informacja na miarę stulecia, a może nawet i milenium.
kopalniawiedzy.pl donosi: "aukowcy pracujący przy eksperymentach ATLAS i CMS zaobserwowali w regionie 125-126 GeV sygnały, wskazujące na istnienie nieznanego dotychczas bozonu. Prawdopodobieństwo odkrycia określono na 5 sigma. Sami uczeni podkreślają, że uzyskali dopiero wstępne wyniki, a ich sprawdzanie musi jeszcze potrwać. Jednak to naprawdę nowa cząstka. Wiemy, że musi być to bozon i jest to najcięższy znany nam bozon - powiedział rzecznik eksperymentu CMS Joe Incandela.". Cudowne odkrycie... jedno z najpiękniejszych.
    Ale póki co, nie ma co się głowic nad tym jak działa cząstka Higgsa (o tym w następnych artykułach). Teraz należy świętować hucznie, jak jeszcze nigdy nie świętowano. Takie odkrycia nie zdarzają się tak po prostu.